Pracowników agencji ochrony jest więcej niż policjantów, żołnierzy i strażników miejskich razem wziętych. Zmagają się nie tylko między sobą, ale i ze zmieniającymi się regulacjami.
ikona lupy />
Ochroniarze / Dziennik Gazeta Prawna

Obraz branży w danych GUS: w blisko 6 tys. firmach pracuje na pełnym etacie około 110 tys. agentów ochrony. Kolejne 15 tys. to zatrudnieni w niepełnym wymiarze (na część etatu). Ale przedstawiciele firm ochroniarskich dane kwitują wzruszeniem ramion. Bo ich zdaniem nie jest to cała prawda o ochronie w Polsce.

Pracowników ochrony jest znacznie więcej, niż wynikałoby z publicznych statystyk. Polska Izba Ochrony szacuje ich liczbę nawet na 300 tys. Skąd różnica? Jak mówi Sławomir Wagner, prezes PIO, dwie trzecie wszystkich ochroniarzy pracuje na śmieciówkach, czyli np. na umowach-zleceniach. W sumie może ich być nawet 175 tys.

Za to firm jest mniej. 6 tys. podmiotów należy do kilkuset grup. W ramach jednej grupy działać może wiele podmiotów. W czasach, gdy działalność ochroniarska była licencjonowana, zabezpieczało to właścicieli przed skutkami utraty takiej licencji (każdy podmiot miał osobną, nawet jeśli tracił zezwolenie, funkcjonować mogły pozostałe spółki z grupy).

Jedno dyskusji nie podlega: pracujących w ochronie jest zdecydowanie więcej niż policjantów czy żołnierzy. Według danych Komendy Głównej Policji 1 kwietnia zatrudnionych było niespełna 97 tys. funkcjonariuszy. Z kolei Ministerstwo Obrony Narodowej informuje, że w czynnej służbie mamy około 95 tys. żołnierzy. Liczbę strażników miejskich można szacować na 10 tys. W sumie mamy więc 200 tys. osób. Dużo mniej od 300-tysięcznej armii, która zarabia na zapewnianiu bezpieczeństwa swoim klientom. Trudno jednak nazwać ją w pełni profesjonalną i wykwalifikowaną.

Ochroniarzy pod dostatkiem

– Rynek ochrony w Polsce, szczególnie ochrony fizycznej, jest wystarczająco otwarty i dostęp do niego nie jest ograniczony. Setki tysięcy Polaków pracują w ochronie osiedli mieszkaniowych, centrów handlowych, sklepów wielkopowierzchniowych, zakładów przemysłowych etc. Tylko mały procent pracowników ma licencje. Klienci po prostu tego nie wymagają, a przepisy zezwalają na pracę w ochronie ludziom niewykwalifikowanym – mówi Beniamin Krasicki, prezes firmy City Security.

Od nowego roku licencja nie jest już potrzebna. Wystarczy wpis na listę kwalifikowanych pracowników ochrony fizycznej. Nie jest do tego potrzebny żaden egzamin (jak to było wcześniej). O wpis można ubiegać się w komendzie wojewódzkiej policji.

Czy to oznacza nowy dodatkowy zaciąg w ochronie? Taka jest stereotypowa opinia. Ale prezes City Security nie jest przekonany, że to prawda. – Dostęp do zawodu został zliberalizowany, ale wymagania dotyczące osiągnięcia określonych kwalifikacji – wyostrzone. Chodzi głównie o obowiązek odbywania dłuższego szkolenia dla osób ubiegających się o tytuł kwalifikowanego pracownika ochrony. Poza tym jest obowiązek uzyskiwania przez osoby niepełnosprawne chcące pracować w ochronie zaświadczenia od lekarza, który obiektywnie stwierdzi, czy dana osoba może pracować jako ochroniarz – mówi.

Zaciąg jest mało prawdopodobny również z innego powodu: żołd w armii ochroniarskiej do największych nie należy. To z kolei wynika z innej choroby, która toczy branżę: ostrej wojny cenowej, zwłaszcza w przetargach na ochronę instytucji publicznych. Na przykład cena za usługę w jednostkach wojskowych waha się między 8,3 zł a 11 zł netto za godzinę. Około 80 proc. tej stawki trafia do pracownika.

Amunicji do walki na stawki dostarczają same instytucje, wybierając cenę jako główne kryterium w przetargach. Przykład z połowy maja: przetarg na ochronę szpitala miejskiego w Tarnowie. Klient chce, by dostawca usługi zapewnił całodobową ochronę, kierując do pracy co najmniej trzech ochroniarzy. Przy czym szef zmiany musi mieć licencję. Zakres obowiązków: dodatkowo obsługa wewnętrznego parkingu i kas fiskalnych oraz zamontowanie na własny koszt dwóch rejestratorów z monitorami i dwóch kamer na bramach wjazdowych. Do przetargu stanęło pięć firm. Propozycje stawek: najniższa to 5,24 zł netto za godzinę. Najwyższa 7,50 zł netto.

– Wojna na ceny to ślepy zaułek. W najgorszej sytuacji są sami pracownicy ochrony, którzy otrzymują minimalne wynagrodzenie na umowach śmieciowych. To błędne koło – mówi Krasicki. Ale podaje przykład pozytywny: to przetarg ogłoszony kilka tygodni temu przez Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej. Kryterium ceny zapewnia w nim tylko połowę punktów. Resztę referencje od dotychczasowych klientów oraz gwarancja zatrudnienia pracowników ochrony na podstawie umowy o pracę.

Marek Janke, wiceprezes Impel Security Polska, nie ma wątpliwości, że silna presja cenowa, spowodowana rozdrobnieniem rynku i agresywną konkurencją, jest głównym problemem, z jakim obecnie boryka się branża ochrony. Jego zdaniem rykoszetem uderza to w samych klientów.

– Firmy ochrony wypracowują minimalne marże i działają na granicy opłacalności, a to zmusza je do szukania oszczędności na wielu polach. Bezpieczeństwo wielu strategicznych obszarów funkcjonowania państwa, takich jak m.in. administracja publiczna, wojsko, lotnictwo czy energetyka, ciągle nie jest budowane na podstawie właściwych standardów. Niestety instytucje publiczne, które dokładnie rozliczane są z każdej złotówki, szukają łatwych do osiągnięcia i maksymalnych oszczędności. Stwarza to dla nich konkretne ryzyka, takie jak np. utrata mienia, defraudacja, pożar czy chociażby utrata dobrego wizerunku – ostrzega Janke.

Duzi prężą muskuły

Niezależnie od tego, jak liczyć liczbę agencji ochrony, szefowie tych największych twierdzą zgodnie: rynek jest bardzo rozdrobniony. Ale też ich zdaniem tort do podziału nie jest wielki: szacowana wartość polskiego rynku usług ochrony to około 7–7,5 mld zł.

Lider – Konsalnet ocenia swój udział w rynku na 10–11 proc. Firma zatrudnia około 25 tys. pracowników. Z kolei Marek Janke mówi, że jego firma jest trzecia co do wielkości w kraju, kontrolując około 7 proc. rynku. Zaś prezes grupy City Security ocenia, że jego firma zajmuje szóste lub siódme miejsce w branży ze 100 mln zł przychodów w ubiegłym roku.

– Pięć największych firm posiada tylko 35 proc. udziału. Od kilku lat w branży obserwujemy trend konsolidacyjny. Najwięksi gracze wzmacniają swoją pozycję, przejmując mniejsze podmioty, często o rozwiniętej specjalizacji produktowej. W perspektywie kilku lat będzie dwóch-trzech liderów dysponujących przewagą konkurencyjną, którzy będą systematycznie zwiększać udział w rynku. Spora część mniejszych firm będzie się wysoko specjalizować, a część prawdopodobnie jednak zniknie – prognozuje Marek Janke.

Jacek Pogonowski, prezes Konsalnetu, dodaje, że to, iż czołówka kontroluje zaledwie jedną trzecią rynku, to ewenement, bo średnio w Europie ten udział wynosi 50 proc. Ale jego zdaniem scenariusz szybkiej konsolidacji branży jest mało prawdopodobny. – Na pewno mniejsze firmy będą miały zdecydowanie trudniejszą sytuację i mniej do zaoferowania klientom. Spowoduje to proces stopniowego oczyszczania się rynku. Mniejsi gracze będą powoli ustępować pola większym profesjonalnym podmiotom – ocenia Pogonowski.

Beniamin Krasicki zwraca uwagę, że największe rozdrobnienie rynku – i największa konkurencja – jest w segmencie ochrony fizycznej. Ale jego zdaniem to on najdłużej będzie się opierał konsolidacji.

– Tu zawsze będzie miejsce dla małych i średnich firm, np. mocno zakorzenionych w swoich regionach lub ściśle wyspecjalizowanych, np. w ochronie klubów nocnych – mówi. Według niego inaczej będzie wyglądała sytuacja w usługach specjalistycznych. – W niektórych liniach biznesowych, np. w konwojowaniu i liczeniu gotówki, konsolidacja jest już teraz bardzo zaawansowana. Powiedziałbym, że panuje tu quasi-oligopol kilku dużych firm – mówi Beniamin Krasicki.

Szef City Security nie spodziewa się fali bankructw, raczej przejęć średnich firm przez te największe.

– Systematycznie będzie zmniejszała się liczba firm średnich. Staną się atrakcyjnym kąskiem dla potentatów ze względu na dość duże efekty synergii w przypadku integracji i uzyskiwaniu imponujących korzyści skali. Duża firma ochrony, połykając średnią, jest w stanie bez strat klientów zdecydowanie i szybko ograniczyć koszty administracyjne przejmowanego podmiotu – mówi.

Seria ciosów od państwa

Powszechne przekonanie, że struktura rynku ochrony będzie się zmieniać, jest skutkiem kolejnych ciosów, jakie spadły w tym roku na branżę. Pierwsza to oczywiście deregulacja zawodu. Ale oprócz zmian zasad przyjmowania do pracy w zawodzie znaczna część firm, posiadająca status zakłady pracy chronionej (a jest ich niemało, około 10 proc. w skali całego rynku), musiała stawić czoła nowym zasadom refundowania wynagrodzeń niepełnosprawnych pracowników. Główny efekt zmian wprowadzonych z początkiem kwietnia: dofinansowanie z Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych jest mniejsze, a zasady są równe dla wszystkich pracodawców zatrudniających niepełnosprawnych (wcześniej ZPChr-y miały uprzywilejowaną pozycję). Kolejny cios: agencje musiały pogodzić się ze wzrostem płacy minimalnej. I na koniec zmiana, która jeszcze nie weszła w życie, ale już wzbudza mnóstwo emocji: rządowy plan ozusowania umów śmieciowych.

– Ozusowanie umów cywilnoprawnych jest jedną z najważniejszych zmian, jaka ma mieć miejsce od wielu lat, niestety jest ona również podwyższeniem kosztu pracy – mówi prezes Pogonowski. Jego zdaniem problemem nie jest samo ozusowanie, tylko tempo jego wprowadzania: rząd chciałby, aby nowe zasady obowiązywały jeszcze w tym roku. Co oznacza problemy dla tych, którzy np. wygrywali ostatnio publiczne przetargi z ich bardzo niskimi stawkami – bo zgodnie z prawem nie mogą oni starać się o renegocjowanie tych umów.

– Koszty realizacji usług ochrony systematycznie wzrastają, a paradoksalnie poziom wynagrodzeń dla firm ochrony spada. W związku z zapowiadanym kolejnym wzrostem kosztów, wynikającym z ozusowania umów-zleceń, przed firmami ochrony pojawią się dylematy, co zrobić, by przetrwać na rynku – uważa z kolei Marek Janke.

Wiceprezes Impel Security Polska jest zdania, że w branży przetrwają ci, którzy w miarę szybko będą w stanie się dostosować do nowych potrzeb rynku. Na przykład zapewnić ochronę przed nowymi zagrożeniami, jak chociażby cyberprzestępczość. Co to oznacza dla pracowników ochrony? Ich armia może być mniej liczebna, ale będzie lepiej wyszkolona i rzeczywiście zacznie przypominać bardziej profesjonalną służbę niż partyzantkę.

– Zmieniający się charakter usług ochrony wymusza również zmianę kwalifikacji pracowników, a co za tym idzie rosną wymagania wobec nich. Pracownicy ochrony będą coraz bardziej cenieni, ich praca zyska większy prestiż, a wynagrodzenia będą rosły. Już teraz część pracowników ochrony musi sprawnie posługiwać się komputerem, dysponować odpowiednimi umiejętnościami i doświadczeniem, ponieważ obsługuje wiele programów wspierających jego pracę, jak np. rozbudowane systemy monitorowania, elektroniczna obsługa ruchu osobowego i towarowego, zdalny monitoring wizyjny czy personalny GPS. Rozwój technologii jest procesem dynamicznym i równolegle do tego muszą się rozwijać kompetencje personelu obsługującego nowoczesne systemy – ocenia Marek Janke.