"Dylemat cena/zdolności. Każdy projekt trzeba ocenić z punktu widzenia wzrostu zdolności obronnych w relacji do ceny. Strategiczny interes, oczywiście. Ale eksperci nie są tu jednomyślni" - napisał na Twitterze minister obrony Tomasz Siemoniak, komentując decyzję MW.

Jak podał portal Defence24.pl, jeden z urzędników MON napisał, że cena rakiety manewrującej to nawet miliard złotych, gdy w rzeczywistości taka broń dla okrętów podwodnych kosztuje mniej niż rakieta przeciwokrętowa, czy nowoczesna torpeda (a więc od 4 do 9 mln zł). "Warto, aby opinia publiczna mogła zapoznać się z ekspertyzami, które dowodzą słuszności kupowania nowych okrętów podwodnych bez rakiet manewrujących. W odpowiedzi na pytanie, skąd bierze się taka postawa może pomóc właśnie w/w zespół parlamentarny" - podkreśla serwis.

Głównym celem pierwszego spotkania Zespołu było właśnie odpowiedzenie posłom na pytanie, czy okręty podwodne powinny być wyposażone w broń odstraszania i jakie efekty mogłoby to przynieść.

"Posłowie bardzo wyraźnie byli zainteresowani możliwością późniejszego wyposażenia kupionych okrętów w rakiety manewrujące, ale właśnie w przypadku rakiet manewrujących, które wymagają przebudowy i wydłużenia dziobowej sekcji kadłuba jest to praktycznie niemożliwe po zbudowaniu okrętu (a przynajmniej niezwykle kosztowne i skomplikowane). Eksperci wyraźnie wskazali, że można uszyć okręt podwodny dokładnie pod potrzeby operacyjne, ale jeżeli chcemy mieć rakiety manewrujące to trzeba działać już teraz" - napisał Defence24.pl w relacji ze spotkania.

MON planuje przeznaczyć 91,5 mld zł do 2022 roku na 14 programów operacyjnych w ramach "Planu Modernizacji Technicznej Sił Zbrojnych". Rozwój Marynarki Wojennej jest jednym z priorytetowych zadań przewidzianych w planie. W ramach modernizacji do 2026 roku MW chce kupić trzy okręty podwodne (kryptonim Orka), trzy niszczyciele min (kryptonim Kormoran II), a także trzy okręty patrolowe z funkcją zwalczania min (kryptonim Czapla) i trzy okręty obrony wybrzeża (kryptonim Miecznik).

"Rezygnacja z zakupu okrętów podwodnych na rzecz rozwiązań tymczasowych jak leasingowanie pozwoli tylko na podtrzymywanie stanu hibernacji sił morskich, a nie na ich rozwój. Nowe uzbrojenie musi być przydatne do walki realnej, a nie tylko teoretycznej. Taką opinię podziela coraz większa grupa parlamentarzystów i może wkrótce zrozumieją to także admirałowie. Na zakończenie warto przytoczyć pozytywną deklarację Tomasza Siemoniaka, który podkreślił, że dopóki nie ma przetargu jest zawsze pole manewru. W dialogu technicznym dowiemy się wielu rzeczy. Dlatego trzeba walczyć dalej" - czytamy dalej na portalu.

"Jeżeli Marynarka Wojenna jako gestor, jako użytkownik sprzętu nie chce mieć sprzętu najlepszego, nawet nie chce próbować wymuszać, by w tym przetargu brały udział te najnowocześniejsze rozwiązania to już jest element, który powoduje niejasność" - zwraca uwagę dr Łukasz Kister z Collegium Civitas.

Jak wskazywali eksperci podczas listopadowej debaty, zorganizowanej przez agencję ISBnews, planowane przez resort obrony wydatki na modernizację Marynarki Wojennej - rzędu ok. 900 mln zł rocznie - mogą stać się szansą dla 50 tys. zatrudnionych w sektorze gospodarki morskiej, pod warunkiem nawiązania współpracy z zagranicznym partnerem. Najpierw niezbędna jest strategia, która pozwoli określić, jaki sprzęt jest nam potrzebny i na tej podstawie wybrać partnerów dla polskiej branży obronnej, generującej już dziś ok. 6 mld zł przychodów rocznie.