Donald Tusk patrzy dziś na gospodarkę jak na szklankę do połowy pełną, która napełni się cała, kiedy spełnią się jego kalkulacje. Przy pewnej dozie szczęścia – czemu nie? Wszakże osobiście przywiózł dla Polski z Brukseli ponad 300 mld zł w funduszach unijnych; nieco wcześniej przedłużył wiek emerytalny, odrzucił opodatkowanie umów na czas określony, rozpoczął deregulację zawodów otwierającą szansę młodym Polakom na zatrudnienie. Z inicjatywy rządu do Sejmu trafiły ministerialne projekty m.in. reformy urzędów pracy, zrównania wieku emerytalnego mężczyzn i kobiet, usprawnienia pracy sądów, podniesienia wysokości składki zdrowotnej rolników itd. Rozpoczął żywot program „Inwestycje Polskie”, mający wspierać kredytami inwestycje przedsiębiorstw, za moment rząd przedłoży Sejmowi projekty ustaw skracające pozwolenia na budowę, wprowadzi podatki dla rolników i zastosuje preferencje finansowe dla młodych usiłujących zdobyć własne mieszkanie. Na liście rządowych przygotowań widnieje propozycja wprowadzenia bardziej sensownego systemu wydobycia gazu łupkowego; budżet państwa zasilą też podatki od wydobycia miedzi i srebra...

Patrząc w przyszłość głębiej – jeżeli utrzyma się tendencja wzrostowa polskiego eksportu, kiedy wzrośnie koniunktura w Niemczech (a już się poprawiła), jeśli uda się przejąć pieniądze z OFE, dające rządowi oddech na 2–3 lata, a wzrost PKB sięgnie w Polsce np. 3 proc. (kryzys europejski musi się przecież skończyć!) – to widoki nie są złe.

Premier ma prawo tak widzieć. Lecz w pierwszym i drugim exposé zapowiadał reformę finansów publicznych i obniżenie deficytu budżetowego, skrócenie długości rozpraw sądowych, zmianę systemu emerytalnego górników, uszczelnienie wydatków na pomoc społeczną, zmniejszenie bezrobocia, przyspieszenie prywatyzacji oraz budowy dróg i autostrad, naprawę energetyki. Kiedy tak się temu baczniej przyjrzeć, to woda wypełniająca do połowy wspomnianą szklankę nadziei paruje gwałtownie, odsłaniając suche szkło. Świadczą o tym fakty, stojące za nimi suche liczby: dług publiczny sięgnął 900 mld zł, tj. 57 proc. PKB. Roczny koszt jego obsługi wyciąga z kasy państwa 40 mld zł! Ten dług na głowę Polaka to 24 tys. zł, a ukryty – 80 tys. zł. Deficyt sektora finansów publicznych w latach 2008–2012 wzrósł o 350 mld zł i nie jest nieprawdopodobne, że w tym roku sięgnie 80 mld zł. Do ZUS dopłacimy w tym roku 64 mld, do KRUS 15 mld, do przywilejów emerytalnych 20 mld zł. Z czego?

Minister Rostowski podpowiada premierowi: z pieniędzy europejskich, ze składek OFE przesuniętych do dziurawego ZUS, z większego wzrostu gospodarczego, ze wzrostu opodatkowania spółek komandytowych, z podwyżki VAT, wyłączenia z kosztów uzyskania przychodu przez przedsiębiorców oprocentowania kredytów i pieniędzy na szkolenia pracowników, z podatków obywateli. W ciągu ostatnich pięciu lat biurokrację zasiliło 60 tys. urzędników, sądy i prokuratury działają, jak działały – rozprawy ciągną się latami, doprowadzając do bankructw firm, mimo że mamy dwa razy więcej prokuratorów i sędziów niż w Niemczech. Już dwa miliony Polaków wyemigrowało z kraju „za chlebem” do Anglii, Włoch, Irlandii, Niemiec. Rozpadł się dialog społeczny oraz przerwano i tak nikły proces budowy państwa obywatelskiego. Związki zawodowe opuściły komisję trójstronną. Kiedy minister Rostowski przejmował część funduszy OFE, mówiono o 4-proc. wzroście gospodarczym, który pozwoliłby rządowi spłacić część zobowiązań. Tymczasem jeśli rok 2013 skończy się 1,2-proc. wzrostem PKB, to będzie sukces. W ciągu minionego roku zbankrutowało najwięcej firm od czasu transformacji ustrojowej w 1989 r.

Po spojrzeniu na fakty, dla potrzeb III exposé premiera trzeba by sparafrazować powiedzenie Johna Fitzgeralda Kennedy’ego: „Nie pytaj, co premier może zrobić dla ciebie, spytaj, co ty możesz zrobić dla premiera”.

Nikły proces budowy państwa obywatelskiego został przerwany

Marek Goliszewski