Cały sprzęt elektryczny wprowadzany do obrotu na terenie Unii Europejskiej musi posiadać certyfikat zgodności CE. Oznacza to, że spełnia normy określone w dyrektywie UE – chodzi m.in. o oddziaływanie na sieć elektryczną i znajdujące się w pobliżu inne urządzenia wrażliwe na pole elektromagnetyczne. Na przykład urządzenie niespełniające norm może zakłócać działanie telefonu komórkowego, radia, telewizora, a w skrajnym przypadku uszkodzić wszczepiony komuś rozrusznik serca. Obowiązek złożenia deklaracji zgodności spoczywa na importerze sprzętu.

Część z tych urządzeń badają eksperci z Urzędu Komunikacji Elektronicznej, aby sprawdzić, czy deklaracje zgadzają się z rzeczywistością. I w wielu przypadkach – zwłaszcza gdy chodzi o towary wyprodukowane w Chinach – okazuje się, że urządzenia nie spełniają norm.

– Problem w tym, że producenci z Chin nie dostarczają prawidłowej dokumentacji technicznej. Nasi klienci nauczyli się już, że trzeba mieć do nich ograniczone zaufanie – mówi Jerzy Borowiec, kierownik ds. jakości Laboratorium Kompatybilności Elektromagnetycznej Politechniki Wrocławskiej, które na zlecenie importerów bada sprowadzany do Polski sprzęt.

Borowiec podaje przykład firmy, która zaimportowała z Chin AGD. Miksery i roboty kuchenne tak bardzo przekraczały dopuszczalne normy, że eksperci z UKE początkowo sądzili, iż źle przeprowadzili badania. Po powtórnym sprawdzeniu natychmiast nakazali wycofanie sprzętu ze sprzedaży. Firma, która zaimportowała urządzania, zbankrutowała. – Teraz nasi klienci zlecają nam sprawdzenie urządzeń z każdej dostawy, bo ryzyko jest zbyt duże – dodaje Borowiec. Jego zdaniem wykryte przez UKE przypadki to wierzchołek góry lodowej. – W Niemczech udaje się zbadać zaledwie ok. 15 proc. wprowadzanego do sprzedaży sprzętu. W żadnym państwie nie kontroluje się wszystkich urządzeń – tłumaczy Borowiec.

Zgodnie z przepisami dystrybutor wadliwego sprzętu nie tylko musi go wycofać z rynku, lecz także jeśli nie jest go w stanie sprzedać poza terenem UE, pokrywa także koszty utylizacji. Jeśli tego nie zrobi, UKE może na niego nałożyć wysokie kary. Urząd może też dać czas na dostosowanie urządzeń do obowiązujących norm. Wtedy przed ponownym wprowadzeniem urządzenia do obrotu jeszcze raz je sprawdza.

Z kolei ci, którzy taki wadliwy sprzęt kupili, mogą żądać zwrotu pieniędzy lub jego wymiany na urządzenie pozbawione wad. Tyle teoria. W praktyce jednak mało kto się dowiaduje, że kupił sprzęt niezgodny z europejskimi normami.

Wśród produktów, które trafiły we wrześniu na listę UKE, znalazł się tablet Manta MID06N. – Przestaliśmy sprzedawać ten model, kiedy tylko pojawiła się informacja, że może nie spełniać norm – deklaruje Grzegorz Wasilewski, przedstawiciel firmy Manta. – Ustaliliśmy, że problem dotyczy ładowarki sieciowej, więc każdy właściciel takiego tabletu może liczyć na to, że w naszym serwisie wadliwa ładowarka zostanie wymieniona na taką, która spełnia normę – dodaje.

Jak powiedział, firma sprzedała 2 tys. takich tabletów, zanim wstrzymała dystrybucję. Nie chciał jednak zdradzić, ile z nich zostało zgłoszonych do serwisów.

Uwaga na ładowarki

UKE podaje, że w 2012 r. jego eksperci najwięcej wadliwego sprzętu wykryli w grupie ładowarek do telefonów komórkowych, notebooków i innych produktów z zewnętrznym zasilaczem. Były to tanie urządzenia sprowadzane na masową skalę. Na kolejnych miejscach z nalazły się świetlówki, żarówki LED, oprawy, transformatory elektroniczne i urządzenia radiowe, takie jak radiotelefony CB i wzmacniacze GSM.