Pamiętam dyskusje konstytucyjne wokół kształtu (i celów) rady. Nie było wątpliwości, że RPP powinna być niezależna od rządu i składać się z apolitycznych fachowców. To po części było pokłosie wniosków wynikających z fatalnej współpracy ówczesnego ministra finansów Grzegorza Kołodki z ówczesną prezes NBP Hanną Gronkiewicz-Waltz. Chyba istotne znaczenie miało też przekonanie, że polityka pieniężna może być mocno oparta na fundamencie – dość twardej – ekonomicznej wiedzy. Poszukiwaliśmy więc przede wszystkim gwarancji niezależności rady i mechanizmu selekcji „bezstronnych fachowców”. Z perspektywy czasu widać, że nie wszystko się udało.

Mimo budowania zapór przed politycznym wpływem na członków RPP (kwalifikacje i apolityczność, kadencyjność i nieusuwalność) doszło do zmiany na urzędzie prezesa NBP (a więc przewodniczącego rady) w sposób – moim zdaniem – w tę zasadę godzący. Hanna Gronkiewicz-Waltz zrezygnowała z urzędu prezesa NBP, a zajął je Leszek Balcerowicz, który „stał się” apolityczny natychmiast, gdy przestał być szefem Unii Wolności. W sensie prawnym wszystko było OK. Ale przecież okazało się, że tworząc przepis konstytucyjny, nie przewidzieliśmy, że prezes NBP może bez szczególnych powodów sam z siebie zrzec się urzędu. Nie wzięliśmy też pod uwagę, że figurą apolityczną można się stać, porzucając dużą partię polityczną (po kilku latach przewodzenia jej) na chwilę przed objęciem funkcji przewodniczącego RPP. Zresztą także wyłaniane członków rady okazało się procesem bardzo upolitycznionym. Owszem, konieczne były pewne formalne kwalifikacje, lecz najważniejsze okazywały się związki z rządzącą partią i prezydentem (też z rządzącą partią związanym).

Jednak dla oceny obecnej formuły RPP ważniejsze może jest co innego: realia prowadzenia polityki pieniężnej. Kluczowe wydają się tu doświadczenia kryzysu gospodarczego. Najogólniej można chyba powiedzieć, że dziś mamy mniej powodów, by przyjmować, iż istnieją jednoznaczne i obiektywne przesłanki do kreowania polityki monetarnej. Jak wiadomo, pod presją okoliczności wiele banków centralnych (także EBC) weszło na drogę bardzo swobodnego stymulowania kreacji pieniądza (co wielu określa jako „drukowanie pieniędzy”). Gdyby ktoś przed wybuchem kryzysu sugerował, że takie kroki powinny być w określonych warunkach podejmowane, spotkałby się ze zmasowaną krytyką. Dziś – choć są też krytycy tej polityki – nie ma pewności, jakie będą jej długookresowe następstwa. Natomiast jest faktem, że w krótkim okresie polityka „obfitego pieniądza” umożliwiła co najmniej minimalizację skali recesji.

Jest jeszcze trzeci – mniej ważny – aspekt funkcjonowania RPP. Jej koszt. Rada jest stosunkowo liczna, a jej członkowie otrzymują wynagrodzenie równe wynagrodzeniu wiceprezesa NBP, a więc większe niż prezydent RP.

Co by należało więc zmienić? Nie jest dobrym pomysłem dopuszczenie dwu kadencji. Do rady powinny trafiać osoby merytorycznie przygotowane. Nie trzeba zakładać, że pierwsza kadencja jest na naukę. Najważniejsze – wydaje się – jest przyjęcie instytucjonalnych rozwiązań gwarantujących pluralizm składu RPP. Ta zasada jawi się jako konsekwencja znacznego rozchwiania w obrębie standardów polityki monetarnej. Wielce niebezpieczne byłoby wyłanianie składu jednolitego, akceptującego jedną konkretną doktrynę teorii ekonomii. Konsekwencją tej zasady powinno też być otwarcie rady na praktyków.

Nie bardzo widać powody, dla których rada miałaby liczyć więcej niż sześciu członków (plus prezes NBP jako przewodniczący i siódmy członek). Sądzę, że trzech członków powinien wyłaniać nie Sejm, lecz Senat jako izba w mniejszym stopniu zdominowana przez partyjne podziały. Ale ważna jest zasada wyłaniania. By zagwarantować pluralizm, konieczne jest wyłanianie wszystkich trzech członków rady w jednym głosowaniu, tak by aktualna większość nie była zdolna wprowadzić do RPP wszystkich swoich kandydatów. Oczywiście nie można by takiej ewentualności zapobiec, jeżeli Senat byłby zdominowany przez jedno ugrupowanie.

Jednego członka rady nominować powinien prezydent. Celowe byłoby też przyjęcie, iż jednego członka RPP nominuje urzędujący premier (i może on być zastąpiony przez inną osobę, gdy zmienia się szef rządu). Ta sugestia związana jest z przekonaniem, że potrzebna jest koordynacja polityki pieniężnej z innymi aspektami polityki gospodarczej. Obecność jednej – kompetentnej – osoby nie naruszałaby autonomii rady, ale sprzyjała spójności działania organów państwa. I w końcu – z nieco innych powodów – celowe wydaje się przyjęcie, że do rady jedną osobę deleguje środowisko banków komercyjnych (np. ZBP).

Bardzo ważne wydaje się wzmocnienie gwarancji apolityczności. Miejsca w radzie nie powinny móc objąć osoby, które nawet w dość odległym czasie pełniły funkcję polityczną (z wyboru lub mianowania).

Proponowanych tu zmian nie można wprowadzić bez nowelizacji konstytucji, co niełatwo sobie wyobrazić, ale warto o tym pomarzyć. Debatę można podjąć już teraz, bo może jednak...

Ryszard Bugaj