Oczywiście w praktyce menedżerowie w spółkach Skarbu Państwa nie zarabiali na ogół źle, ponieważ chałturzyli w spółkach zależnych jako członkowie (lub szefowie) ich rad nadzorczych – z odpowiednio wysokimi apanażami. To prowadziło do absurdalnego zróżnicowania wynagrodzeń i skłaniało do podejrzenia, że zależne spółki tworzy się tylko po to, żeby naprawdę ważni prezesi mogli wziąć dużą kasę. Ta praktyka domagała się pilnej zmiany. I realne zmiany zaszły.

Nie zmieniono jednak ustawy kominowej ani nie ukrócono praktyki „spółkowania”. Coraz powszechniejsze (jeżeli nie całkiem powszechne) stały się w spółkach Skarbu Państwa umowy menedżerskie. Prezesi otrzymują gigantyczne wynagrodzenia, premie, a ponadto zyskują prawo do liniowego (niskiego) opodatkowania, no i mogą płacić składkę ubezpieczeniową od... podstawy 60 proc. przeciętnego wynagrodzenia. Czy utracili rady nadzorcze – nie wiadomo. Ale nawet jak utracili, to obecnie ich materialny status jest być może lepszy niż menedżerów spółek prywatnych.

Ale może przestali być zależni od polityków? Wolne żarty. Projekty (bardzo zresztą wątpliwe) zwiększenia ich niezależności od polityków, które snuł Jan Krzysztof Bielecki, jakoś dziwnie wygasły. Skłania to do podejrzeń, że radykalna podwyżka wynagrodzeń dla prezesów państwowych spółek to dokarmianie krewnych i znajomych (rządowego) królika. Tak to w każdym razie postrzega wielu ludzi. Jest jeszcze jedna, dodatkowa okoliczność: menedżerowie na kontrakcie (i z dużą kasą) mają w niektórych firmach (PKP, Poczta) robić generalne porządki – czytaj: usuwać pracownicze przywileje. Sanacja będzie więc przez załogi postrzegana jako przemoc. Nie sądzę, by była to optymalna droga.

A może po prostu zrezygnować z wszelkiego regulowania menedżerskich wynagrodzeń – we wszelkich spółkach. Taki postulat wysuwają ci, którzy mają całkowite zaufanie do rynku. Ja mam zaufanie ograniczone – z kilku (w tym kontekście) powodów. Po pierwsze, nadzór właścicielski (nie tylko w spółkach Skarbu Państwa) jest często niedostateczny, a rynek pracy menedżerów słabo konkurencyjny. Po drugie, w wielu branżach mamy sytuację monopolistyczną lub quasi-monopolistyczną. I wreszcie po trzecie, dowolnie wysokie wynagrodzenia menedżerów mogą być sposobem na transfer zysków przed opodatkowaniem.

Ale są i argumenty wyrastające z obecnej praktyki. Twierdzę, że menedżerskie wynagrodzenia w Polsce są – w warunkach porównywalnych – najwyższe w Europie. Wiem oczywiście, że w kwotach bezwzględnych menedżerowie w Europie Zachodniej otrzymują więcej, ale trzeba uwzględnić trzy czynniki: kierują przeciętnie dużo większymi przedsiębiorstwami, płacą dużo wyższe podatki, a i ich koszty utrzymania są dużo wyższe.

Tymczasem płace zwykłego pracownika są w Polsce kilkakrotnie niższe niż na Zachodzie, czas pracy jest długi, a podatki stosunkowo wysokie. Jest więc przepaść w materialnym statusie pracowników i menedżerów w Polsce. Musi to rodzić ogromne napięcia – szczególnie teraz, gdy płace realne nie rosną i pewnie w najbliższych kilku latach rosnąć nie będą. To się jednak samo nie zmieni. Coś trzeba zrobić.

Gdy wprowadzano ustawę kominową, krytykowałem ją na łamach „Gazety Wyborczej” jako zbyt restryktywną dla spółek państwowych i za to, że nie wprowadzała żadnych ograniczeń w spółkach prywatnych. Proponowałem wtedy znacznie wyższy limit dla wynagrodzeń menedżerów spółek państwowych i jednocześnie stosowanie tego limitu do wypłat wynagrodzeń menedżerskich w ciężar kosztów spółek prywatnych (bez limitu wypłat z zysku po opodatkowaniu). Nie widzę powodu do zmiany tej sugestii. Uważam, że celowe jest ustanowienie pewnej maksymalnej normy wynagrodzenia: np. na poziomie 20-krotności minimalnego wynagrodzenia. W spółkach państwowych powinien temu towarzyszyć zakaz chałturzenia w radach zależnych spółek.

Określeniu maksymalnego wynagrodzenia powinien towarzyszyć zakaz chałturzenia w radach zależnych spółek