W grudniu GUS przekaże Eurostatowi najnowsze dane o liczbie ludności rezydującej w Polsce. Zalicza się do niej stałych mieszkańców oraz tych, którzy przebywają za granicą, ale nie dłużej niż rok. To oznacza, że wyliczając PKB per capita dla naszego kraju, Bruksela przyjmie, że jest nas 37,2 mln, a nie – jak dotychczas – 38,5 mln. Na podstawie liczby rezydentów Eurostat zweryfikuje dane o PKB na głowę mieszkańca za ostatnich kilka lat. Wówczas się okaże, że jesteśmy zamożniejsi, niż sądziliśmy. Przynajmniej na papierze.

W ubiegłym roku polski PKB na mieszkańca odpowiadał 66 proc. średniej unijnej i taka liczba widnieje w oficjalnych statystykach. Po odliczeniu 1,3 mln osób wskaźnik skoczy do 68 proc. Wynik za 2013 r. będzie jeszcze lepszy i zbliży się do 70 proc., a w 2014 r. przekroczy 70 – wynika z wyliczeń DGP. Zakładając, że inne kraje w tym czasie zachowałyby status quo (choć i one mogą zweryfikować dane dotyczące ludności), udałoby się nam wyprzedzić w rankingu zamożności Węgrów, Estończyków i Litwinów oraz zbliżyć się na 4–5 pkt proc. do targanych kryzysem Greków i Portugalczyków.

Ten medal ma także drugą stronę. W perspektywie kilku lat część naszych regionów (m.in. województwa mazowieckie, śląskie i wielkopolskie) może przekroczyć próg 75 proc. średniej Unii Europejskiej, a wtedy nie będą im przysługiwały dotacje przeznaczone na rozwój najbiedniejszych obszarów Europy.

Polska awansuje w europejskim rankingu zamożności. Ale nie dlatego, że żyje nam się lepiej, tylko dlatego, że jest nas coraz mniej. Produkt krajowy brutto przypadający na mieszkańca wynosił w ubiegłym roku w przypadku Polski 66 proc. średniej unijnej. Po korekcie uwzględniającej mniejszą rzeczywistą liczbę ludności naszego kraju będzie to 68 proc., a w tym roku być może uda się nam dobić do 70 proc. To jednak i tak niewiele, biorąc pod uwagę fakt, że w przypadku Czech wskaźnik wynosi obecnie 79 proc., Włoch – 98 proc., a Niemców – 121 proc. Z drugiej strony nie należy zapominać, że w roku 2004, gdy wchodziliśmy do Unii, PKB na mieszkańca wynosił u nas zaledwie połowę tego, co średnia dla całej Wspólnoty. Choć nasz awans w statystykach to także zasługa Bułgarów i Rumunów – wchodząc do Unii, zaniżyli średnie PKB per capita dla całej Wspólnoty, co nas akurat nieco dźwignęło.

Zresztą produkt krajowy przypadający na głowę to – zdaniem ekspertów – nie jest najlepsza metoda na zmierzenie rzeczywistego bogactwa konkretnego społeczeństwa. Dlatego formalna zmiana w unijnych statystykach niczego nie zmieni. – Nie jesteśmy bogatsi, bo ludzie wyemigrowali – mówi dr Bohdan Wyżnikiewicz, wiceprezes Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową.

PKB obrazuje końcowy rezultat działalności wszystkich podmiotów gospodarki, ale jak każda miara ma także wady.

– Nie uwzględnia na przykład całkowicie działań pozarynkowych, które wpływają na poziom bogactwa, na przykład wolontariatu, prac społecznych czy tych wykonywanych w domu systemem gospodarczym. Uwzględnia zaś więziennictwo i prostytucję, jeśli jest zalegalizowana – wyjaśnia prof. Elżbieta Mączyńska z SGH. Zwraca jednocześnie uwagę, że możemy być coraz bogatsi w statystykach, ale coraz biedniejsi w swoich subiektywnych odczuciach. Bo nie możemy dostać się do lekarza, jesteśmy źle traktowani przez urzędników albo stykamy się z korupcją.

Niewątpliwie jednak awans w unijnym rankingu zamożności może się nam przydać z wizerunkowego i ekonomicznego punktu widzenia. Aleksander Łaszek, ekonomista z Forum Obywatelskiego Rozwoju, uważa, że nasz kraj ma szansę być nieco lepiej postrzegany przez obywateli innych krajów czy zagranicznych inwestorów. Lepiej widzieć nas mogą również agencje ratingowe. – PKB per capita jest jednym z kilku wskaźników, jakie biorą one pod uwagę, oceniając zdolności danego kraju do regulowania swoich zobowiązań finansowych – tłumaczy dr Jakub Borowski, główny ekonomista Credit Agricole. Jego zdaniem wyższe PKB ujęte w ogólnoeuropejskich statystykach może oddalić od nas ewentualną groźbę obniżki ratingu (spowodowaną sytuacją finansów publicznych). „Może” nie oznacza jednak, że tak będzie. Tak jak wyższe PKB nie oznacza, że jesteśmy bogatsi.

Polska ma szansę być lepiej widziana przez inwestorów zagranicznych