Ceną za większe możliwości i ewentualnie wyższe zyski jest dodatkowe ryzyko. Dotyczy ono np. biurokracji czy korupcji. Ale najbardziej chyba – zmiennych reguł gry (m.in. kursu waluty, treści przepisów, sympatii urzędników itd.). Czy warto ją płacić? To kwestia ekonomicznego rachunku, który musi z wyprzedzeniem uwzględniać różne scenariusze. Do tej pory polscy przedsiębiorcy nie likwidowali fabryk nad Dnieprem, nawet w czasie gwałtownych zawirowań w latach 2008–2010. Wielu liczyło zresztą, że Ukraina podzieli nasze doświadczenia: bardzo liberalnych reform ekonomicznych, stabilizacji politycznej, względnie szybkiego rozwoju i troski o odpowiedni klimat inwestycyjny. Temu ostatniemu rozwiązania dotyczące zwrotu VAT w postaci obligacji nie służą. Nie pomagają w realizacji biznesplanów i mogą niwelować, przynajmniej częściowo, korzyści z taniej siły roboczej czy chłonnego rynku.

Szansa na ukraińskie eldorado nie jest stracona. Ale świat się zmienił, mamy globalny kryzys i takie gospodarki jak naszego sąsiada są w większych opałach niż inne, bogatsze. Wszelkie ich wady i słabości ujawniają się ze zdwojoną siłą. Proponując znowu obligacje zamiast zwrotu VAT, władze strzelają sobie w stopę, ale zapewne dlatego, że nie mają innego wyjścia. I to jest najbardziej niepokojący sygnał. W relacji zysk – ryzyko ten pierwszy topnieje, to drugie rośnie. Dla polskich przedsiębiorców to zła wiadomość. I jeszcze jedno – w kilkuletniej perspektywie trudno dziś wiarygodnie przewidzieć stan finansów publicznych nawet bogatych państw Zachodu. Rentowność 5-letnich obligacji ukraińskich denominowanych w dolarach to ok. 10 proc. i kilkanaście procent dla papierów w walucie krajowej. W cenie więc nie są.