Trudna sytuacja gospodarcza krajów Europy Zachodniej nie pozostaje bez wpływu na Polskę. Dlatego analitycy EY obniżyli prognozy wzrostu gospodarczego Polski do 0,9 proc. PKB w 2013 roku.

– Polska uniknie recesji. Co prawda, w tym roku będziemy mieć do czynienia z bardzo silnym spowolnieniem, wzrost wyniesie prawdopodobnie około 1 proc., ale w przyszłym roku powinien być wyższy niż 2 proc. – mówi Agencji Informacyjnej Newseria Marek Rozkrut, główny ekonomista EY.

Marek Rozkrut, Główny ekonomista EY

Jego zdaniem najgorsze już za nami, a w kolejnych kwartałach polska gospodarka będzie stopniowo przyspieszać.

– Jak patrzymy na to, co się dzieje w kolejnych kwartałach to wydaje mi się, że właśnie szorujemy po dnie. Po wzroście o 0,5 proc. rok do roku w pierwszym kwartale, w drugim kwartale sytuacja może być tylko nieznacznie lepsza. Ten wzrost może wynieść około 0,7 proc., natomiast od trzeciego kwartału oczekiwałbym pewnego przyśpieszenia – prognozuje ekonomista. – Bieżące wskaźniki pokazują, że powoli wynurzamy się ze spowolnienia.

Podkreśla jednak, że choć polska gospodarka wynurza się ze spowolnienia, nie powinniśmy oczekiwać silnego odbicia, dotyczy to również bezrobocia.

– Uważam, że będziemy mieć do czynienia z powolnym wynurzaniem się. Gospodarka będzie się podnosić bardzo powoli, nie będzie to nic dynamicznego. Wzrost o 1 proc. w bieżącym roku będzie za mały, aby pozwolił na spadek bezrobocia. W efekcie oczekuję stopy bezrobocia rejestrowanego na koniec roku na poziomie około 14 proc.

Analitycy EY przewidują powolny, ale stały wzrost naszego PKB, który w 2015 roku powinien wynieść 3 proc. Jednocześnie uważają, że w perspektywie krótkoterminowej eksport będzie jedną z sił napędowych naszej gospodarki. W drugiej połowie roku wzrost gospodarczy ma wspierać natomiast konsumpcja wewnętrzna.

Problemem pozostaje jednak kwestia finansów publicznych. Zbyt optymistyczne założenia powodują, że trzeba nowelizować budżet. To przede wszystkim konsekwencja malejących dochodów budżetów, które są silnie skorelowane z kondycją gospodarki.

– Kiedy spowalnia gospodarka, jeszcze silniej osłabiają się wpływy podatkowe, nieproporcjonalnie w stosunku do spowolnienia wzrostu gospodarczego, stąd dziura w budżecie państwa, która jeżeli chodzi o dochody podatkowe może przekroczyć 30 mld złotych w roku bieżącym. Jest wprawdzie zysk z NBP oraz większe dywidendy, które częściowo skompensują tę dziurę, ale ona wciąż będzie wynosić ponad 20 mld – tłumaczy Rozkrut.

Sugeruje, że część dziury budżetowej można załatać oszczędnościami po stronie wydatków, ale nie jest to wystarczające rozwiązanie. Tym bardziej, że nadmierne cięcia mogą jeszcze spowolnić rozwój gospodarczy.

– Uważam, że można zaoszczędzić pewnie około 10 mld złotych po stronie wydatków, niemniej wciąż pozostanie nam kilkanaście miliardów tej dziury – stwierdza. – Dalsze dokręcanie śruby byłoby w rezultacie niekorzystne dla nas wszystkich.

Aby móc nowelizować budżet i zwiększyć deficyt, należałoby zmienić ustawę o finansach publicznych. Dzisiaj tzw. pierwszy próg zadłużenia i sankcje z nim związane nie pozwalają bowiem na zwiększenie relacji deficytu do dochodów budżetu państwa.

– Pozostaje albo zmienić ustawę o finansach publicznych i znowelizować budżet, albo wypychać wydatki poza budżet czyli np. zmniejszyć dotacje do Funduszu Ubezpieczeń Społecznych i kazać prezesowi ZUS zadłużać się np. w systemie bankowym albo brać pożyczki z budżetu państwa. Alternatywnie można wykorzystać środki z Funduszu Rezerwy Demograficznej – tłumaczy ekonomista.

Jak podkreśla, nie należy na siłę bronić deficytu, ponieważ wynika on z głębszego spowolnienia gospodarczego, a nie z braku działań strukturalnych.

– Mimo to trzeba dodatkowo wzmocnić ramy fiskalne po to, żeby zapewnić naszą wiarygodność w dłuższym okresie – podkreśla ekonomista.

Jako przykład takiego działania ekspert podaje zaproponowaną przez resort finansów nową regułę fiskalną. Miałaby ona ograniczać wydatki w średnim i długim okresie i zapewniać stabilność finansów publicznych w dłuższym okresie.