Po co komuś KHW? Firma jest w złej, coraz gorszej sytuacji finansowej. Ceny węgla dołują, więc nie jest w stanie prowadzić rentownego biznesu przy tych stawkach. I nie widać perspektyw, by ceny węgla na świecie znów poszły w górę. Ale nawet jeśli zakończy się wreszcie ogólnoświatowe spowolnienie (choć informacje napływające z coraz mocniej hamującej gospodarki chińskiej taką perspektywę oddalają) i ceny podskoczą, to i tak po nasz drogi węgiel kolejki raczej się nie będą ustawiać. Dużo tańszy mogą zaoferować choćby Stany Zjednoczone, które po udanej rewolucji łupkowej już go nie potrzebują. Swoje zrobi też ekologiczna rewolucja. Najważniejsi światowi gracze stawiają przecież na odnawialne źródła energii. Mówił o tym choćby ostatnio prezydent Barack Obama, który rewolucję OZE zamierza wprowadzać w USA.

O tym, jak mało atrakcyjnym kąskiem dla potencjalnego partnera jest KHW, niech świadczy też to, że wspomniana już Bogdanka właśnie zrównała się z nim pod względem rocznego wydobycia węgla przy zatrudnieniu niemal trzykrotnie mniejszym.

Dlaczego więc rząd naciska, by państwowy rycerz na białym koniu ruszał jednak na pomoc śląskiemu sąsiadowi? Bo nie oszukujmy się, decyzja zapadła nie w gabinecie prezesa JSW, tylko w zaciszach gabinetów w Warszawie. Odpowiedź jest tylko jedna – polityka. Tak naprawdę jedynym rozsądnym rozwiązaniem dla śląskich kopalni jest natychmiastowa redukcja zatrudnienia. Przy całym szacunku dla ciężkiej pracy górników innego rozwiązania nie ma. To powinien być pierwszy krok do uzdrowienia tych firm.

Rząd woli jednak schować głowę w piasek i wysłać do boju JSW, by do czasu kolejnego stanu przedzawałowego podtrzymać na kroplówce śląskie górnictwo.

W sumie nie ma się mu co dziwić. Przy obecnych spadających sondażach najazd autobusów z niezadowolonymi górnikami na Warszawę mógłby się okazać dla niego gwoździem do trumny.