– Jeśli bank popadnie w kłopoty, od teraz będziemy mieli w całej Europie takie same zasady, kto pokrywa koszty ratunku. Sektor finansowy będzie od teraz w wielkim stopniu odpowiedzialny za rozwiązanie własnych problemów – oświadczył holenderski minister finansów Jeroen Dijsselbloem.

Zgodnie z nowymi zasadami w pierwszej kolejności straty poniosą wierzyciele i akcjonariusze danego banku, a w drugiej inwestorzy z depozytami powyżej 100 tys. euro. Dopiero gdy to nie wystarczy, na pomoc będą mogły przyjść władze państwowe.

Do tej pory w większości przypadków zagrożone banki w Unii Europejskiej były ratowane z budżetów państw, czyli de facto pieniędzmi podatników. W latach 2008–2011 państwa UE na opanowanie kryzysu w sektorze bankowym wydały prawie jedną trzecią PKB. W przypadku Irlandii o mało nie skończyło się to bankructwem państwa, bo po tym jak rząd przejął zobowiązania upaństwowionych banków, sam musiał się zwrócić o pomoc finansową z UE i MFW. Precedensem okazała się sprawa Cypru wiosną tego roku. Pod presją pozostałych państw strefy euro władze tego kraju zdecydowały się na obłożenie kosztami ratunku banków posiadaczy rachunków. Początkowo chodziło o wszystkich, lecz po fali protestów zdecydowano, że dotknie to tylko tych, którzy mają na nich powyżej 100 tys. euro. Teraz ten model zostanie usankcjonowany w całej Unii.

Przyjęte przez ministrów uzgodnienia mają jednak pewne słabości. Po pierwsze, będą obowiązywać dopiero od 2018 r., czyli jeszcze przez 4,5 roku to państwa będą musiały ratować banki. Po drugie, nie jest jasne, czy to władze poszczególnych państw, czy unijny nadzór ma decydować o ratowaniu i restrukturyzacji bądź upadku danego banku.