Za europejską walutę trzeba było w czwartek płacić 1,3190 dol., o 3 centy mniej niż dzień wcześniej. Gwałtowne umocnienie dolara wywołało reakcję łańcuchową na innych walutach. Traciły zwłaszcza te z rynków wschodzących. Przykłady? Spadek kursu indyjskiej rupii o 2,2 proc., rosyjskiego rubla o 1,9 proc. czy południowoafrykańskiego randa o 2,9 proc. Na tym tle poranne osłabienie złotego o ok. 2 proc. nie jest niczym szczególnym, chociaż według Bloomberga skala przeceny była największa od listopada 2011 r. Późnym popołudniem za euro trzeba było płacić 4,34 zł (o 8 gr więcej niż w środę), a za dolara 3,29 zł (aż o 11 gr więcej).

Ostro pojechały w dół rynki akcji. WIG20, indeks największych spółek z warszawskiego parkietu, spadł o 4,8 proc. Kurs akcji takiego giganta jak KGHM zjechał w dół aż o 8,5 proc., Tauron tracił ponad 9,7 proc., Bank Handlowy – ponad 8 proc. Na głównych rynkach europejskich indeksy też spadały, tracąc grubo ponad 2 proc. Niemiecki DAX spadał godzinę przed końcem sesji o 3,12 proc., francuski CAC40 o 3,18 proc., a brytyjski FTSE100 o 2,77 proc.

Fala wyprzedaży przetoczyła się przez rynki

Fala wyprzedaży przetoczyła się przez rynki

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Do wyprzedaży przystąpili też inwestorzy na rynkach obligacji. Rentowność papierów dłużnych wzrosła na całym świecie – od Azji przez Australię po Amerykę i Europę. W przypadku dziesięcioletnich obligacji amerykańskiego rządu zwiększyła się ona do poziomu nienotowanego od niemal dwóch lat. Papiery niemieckie też straciły, ich rentowność wzrosła do poziomu najwyższego od czterech miesięcy. A polskie dziesięciolatki – jedna z ulubionych obligacji inwestorów zagranicznych – wyceniano na 4,20 proc., czego rynek nie widział od końca listopada ubiegłego roku.

Na rynku surowcowym najbardziej traciły metale szlachetne, głównie złoto. To inwestycje w kruszec miały chronić przed dewaluacją papierowego pieniądza drukowanego w nadmiernych ilościach. Wczoraj złoto w dostawie natychmiastowej kosztowało niewiele ponad 1300 dol. za uncję. Ostatnio tak tanie było we wrześniu 2010 r. Wyraźnie potaniała też ropa. Baryłka brent kosztowała niewiele ponad 103 dol. i była o 2,6 proc. niższa niż dzień wcześniej. – Nie powinieneś być zaskoczony, że ropa jest niżej, kiedy patrzysz na marne dane PMI z Chin. Dodaj do tego wycofanie przez pana Bernankego bodźca, który mógł stymulować wzrost gospodarczy w USA. Te dwa czynniki wystarczą, by zepchnąć ceny w dół – mówił Bloombergowi Michael Hewson, analityk londyńskiego CMC Markets Plc.

Istotnie, czwartkowa ostra przecena na giełdach to efekt wieczornych, środowych wydarzeń w USA. Ben Bernanke, szef Rezerwy Federalnej, zapowiedział wtedy to, czego inwestorzy wcześniej się tylko domyślali: że jak tylko gospodarka USA pokaże jakieś oznaki ożywienia, amerykański bank centralny ograniczy skup obligacji. To może stać się już w tym roku. W przyszłym roku pompowanie dolarów na rynek zupełnie się skończy. – Wielu inwestorów miało nadzieję, że impreza z tanim łatwym pieniądzem będzie trwała przez kolejne dwa lata. A tu Fed zapowiedział, że bar wkrótce zostanie zamknięty – barwnie tłumaczył agencji Bloomberg przyczyny czwartkowej reakcji rynków Jonathan Ravelas, główny strateg rynkowy BDO Unibank Inc.

Według Fed możliwe są dalsza poprawa na rynku pracy, umiarkowane przyspieszenie wzrostu PKB i inflacja w granicach 2 proc. To oznacza – uznali inwestorzy – że Rezerwa Federalna nie będzie już drukować dolarów, których potężna fala płynęła na rynek i odpowiadała m.in. za hossę na rynku papierów dłużnych w wielu krajach świata. W tym w Polsce. Marek Kaczor, diler rynku długu w PKO BP, mówi, że hossa na polskich obligacjach już się skończyła. – Teraz rynek wchodzi stopniowo w okres ograniczania płynności, co przynosi zmianę trendu – mówi Kaczor. Jego zdaniem z Polski wychodzą ci inwestorzy, którzy wycofują się ze wszystkich emerging markets. – Miejmy nadzieję, że kiedy już ten kurz opadnie, zagranica zacznie podchodzić do rynków wschodzących bardziej selektywnie i znów będzie odróżniać Polskę od np. Turcji – mówi Kaczor.