W rezultacie spowolnienia gospodarczego w UE powstała nadwyżka uprawnień do emisji gazów cieplarnianych (według danych komisyjnych wynosząca ok. 2 mld jednostek). W związku z tym KE zaproponowała, by 900 mln uprawnień z początku rozpoczętej w tym roku III fazy ETS (Europejski System ds. Handlu Uprawnieniami) przesunąć na jej koniec (2018–2020). Jednocześnie podniosła ceny uprawnień.

Obecnie tona emisji to równowartość 2,7 euro. Jak obliczają eksperci, skutkiem wprowadzenia backloadingu będzie wywindowanie tej ceny nawet do 30 euro za tonę. Czasowe ograniczanie wprowadzania na rynek nowych uprawnień mogłoby mieć negatywny wpływ na budżety państw ubiegających się o możliwość przydziału bezpłatnych uprawnień z tytułu czasowych derogacji (wyłączeń), czyli np. dla Polski, Węgier, Rumunii. Strata byłaby oczywiście kompensowana podwyżką cen energii, a koszty zostałyby przerzucone na barki konsumentów.

Poza tym proponowane zapisy dają KE zbyt duży margines dowolności w określaniu zasadności takich interwencji, a tym samym możliwość sztucznego i arbitralnego regulowania rynku uprawnień do emisji na podstawie nieweryfikowalnych przesłanek. – Backloading to chybiony pomysł, mało efektywny dla gospodarki unijnej, a dla Polski katastrofalny. Komisja Europejska działa w tej sprawie jak zawsze: tak długo powtarza głosowania, aż uzyska dobry dla siebie wynik – ocenia Konrad Szymański, eurodeputowany PiS.

Według jego wyliczeń backloading oznacza ok. 4 mld zł kosztów dla polskiego budżetu i miliardowe straty dla przemysłu. Jego zdaniem podniesienie cen emisji CO2 miałoby również przyczynić się do utraty ponad 2,5 mln miejsc pracy w całej UE. KE była jednak zdeterminowana. Podczas lipcowej sesji plenarnej będzie nad nią głosował cały PE.