statystyki

Internet zabija gospodarkę

autor: Sylwia Czubkowska31.03.2013, 08:00
Magazyny sklepu internetowego Amazon są jeszcze pełne książek. Ale branża wydawnicza dołuje: maleje sprzedaż, plajtują firmy.

Magazyny sklepu internetowego Amazon są jeszcze pełne książek. Ale branża wydawnicza dołuje: maleje sprzedaż, plajtują firmy.źródło: ShutterStock

Nowe technologie i internet to jedyne spektakularnie rozwijające się branże w świecie trwającego już piąty rok kryzysu. Czy ich sukces jest wart zapaści innych rynków?

reklama


reklama


Do stworzenia i wyprodukowania samochodu trzeba było wielokrotnie więcej pracowników niż do wymyślenia Facebooka. Czyli rewolucja przemysłowa miała rzeczywisty wpływ na świat, bo dała pracę i lepsze życie milionom ludzi, zaś rewolucja cyfrowa jest korzystna tylko dla wąskiej grupy specjalistów. To główna myśl krytyków e-gospodarki. Owszem – populistyczna, jednak niepozbawiona racji. Wystarczy przyjrzeć się temu, co dzieje się od kilku lat.

Sieć wypożyczalni filmów Blockbuster dziesięć lat temu była potęgą: liczyła ponad 9 tys. punktów w USA i Wielkiej Brytanii i miała tak wielki wpływ, że to specjalnie dla niej produkowano wiele obrazów. Od stycznia jest w zarządzie komisarycznym. Kilka tygodni wcześniej upadłość ogłosiły: brytyjska sieć muzyczna HMV (powstała 105 lat temu) oraz sklepy fotograficzne Jessops. Pracę straciło 2,5 tys. osób. Kolejne 3 tys. stały się bezrobotnymi po plajcie sklepów z elektroniką Comet.

Największa w Polsce sieć wypożyczalni DVD Beverly Hills w 2007 r. miała 50 placówek. Dziś ostało się ich ledwie 27, zaś firma próbuje się ratować, sprzedając słodycze, wino, nawet pizzę. – Jest bardzo źle. Cały rynek przeżywa kryzys i nie ma co ukrywać: odpowiedzialny za to jest internet – wzdycha Jacek Wiecki, prezes Stowarzyszenia Polskich Wideotek. – Internet – czyli piractwo i zmiana, jaka zaszła w dostępie do rozrywki. Ludziom już nie chce się pożyczać filmów na dyskach, bo mogą mieć je w każdej chwili z sieci. To fajne, ale na razie legalne serwisy VoD (wideo na życzenie) na tym nie zarabiają, a cierpi cała nasza branża – dodaje.

Z polskich ulic znikają sklepiki z odzieżą oraz obuwiem: ich liczba od 2009 r. zmniejszyła się o 1/10, o ponad 4 tys. Nie lepsza jest sytuacja spożywczych. Według prognoz Euromonitor International liczba wszystkich małych sklepów w naszym kraju może stopnieć do 2025 r. o 60 proc. Odpowiedzialna za to nie jest tylko konkurencja ze strony dyskontów i hipermarketów. – Internet też jest źródłem problemów branży. Tradycyjny handel niestety cierpi i sporo ludzi albo traci pracę, albo jest jej utratą zagrożonych. Najwyraźniej widać to na przetrzebionym już rynku księgarni – przyznaje Andrzej Faliński, dyrektor Polskiej Organizacji Handlu i Dystrybucji.

Od czterech lat spada sprzedaż książek papierowych, a rośnie e-booków. I to znacznie, bo nawet o 20–30 proc. rok do roku. Tyle że sprzedaż cyfrowa nie wypełnia luki: tylko w 2011 r. polski rynek książki papierowej skurczył się o 80 mln euro i wypadło z niego kilkadziesiąt małych wydawnictw. Z kolei cały rynek e-booków jest wart góra kilkanaście milionów euro i wciąż jest inwestycją, a nie źródłem zysków. Identycznie jest od kilku lat na rynku prasy. Nakłady spadają, zaś sieć, która jest głównym źródłem problemów, nie daje miejsc pracy czy obrotów finansowych.

Mało efektywna rewolucja

Przykłady można mnożyć. Coraz więcej branż i państw odczuwa negatywne skutki cyfrowej rewolucji, która ma przecież pchać gospodarki do przodu. Tyle że ten cały rozwój, ta innowacyjność, ta elastyczność dziwnym trafem nie przekładają się na skok cywilizacyjny czy poprawę komfortu naszego życia. Zamiast tego pełzniemy. Do góry, ale o wiele za wolno, by zapewnić sobie socjalne bezpieczeństwo. Amerykański ekonomista Tyler Cowen przez wiele lat będący wielkim admiratorem cyfrowej gospodarki nazwał ten stan „Great Stagnation” – Wielką Stagnacją. Według niego internet stał się hamulcowym gospodarczego boomu, jaki ogarnął świat wraz z rewolucją przemysłową.

„W przeciwieństwie do poprzednich wielkich fal innowacji sieć miała minimalny wpływ na wzrost gospodarczy oraz zamożność społeczeństw. I wcale na czysto nie stworzyła dodatkowych miejsc pracy w rozwiniętych gospodarkach” – pisze w swojej najsłynniejszej książce. Ten paradoks tłumaczy na konkretnym przykładzie. – Kiedy na początku XX w. na świat przyszła moja babcia, ledwie 6 proc. Amerykanów miało wyższe wykształcenie, większość mieszkała na farmach, zaś auta, prąd i kanalizacja były luksusem. Pół wieku później sytuacja była diametralnie różna, a moja babcia odczuła te wielkie zmiany. Żyło jej się o wiele łatwiej. Ja urodziłem się w 1962 r. I choć oczywiście przez ten czas wiele się zmieniło, np. polecieliśmy na Księżyc, nie czuję, żeby moje życie było bardziej komfortowe niż dwie czy trzy dekady temu – mówi. Oczywiści teoria Cowena odnosi się głównie do sytuacji Stanów Zjednoczonych. Nawet podtytuł jego analizy brzmi: „Jak Ameryka zjadła w całości najniżej wiszący owoc, pochorowała się i (ewentualnie) wyzdrowieje”. Ten nisko wiszący owoc to wzrost gospodarczy odziedziczony po dekadach rewolucji przemysłowej.

Rewolucji, która gwałtowanie zmieniła obraz świata. Udział amerykańskiej gospodarki w produkcji światowej wzrósł z poziomu 7 proc. w 1840 r. do 23,3 proc. w 1870 r., a już na początku XX wieku USA osiągnęły status największej gospodarki świata. Przy takim tempie rozwoju rzeczywiście za życia jednego pokolenia następowało podwojenie wydajności i dochodów. Świat najszybciej rozwijał się po zakończeniu II wojny światowej, kiedy trzeba było odbudowywać całe kraje, ale to wtedy masowo upowszechniały się takie dobra, jak telewizja, radio, pralki, lodówki, samochody. Gospodarki państw rozwiniętych rosły wtedy w średnim tempie nawet 5 proc. rocznie. A kraje takie jak Wielka Brytania, Niemcy, Kanada cieszyły się niemal pełnym zatrudnieniem. Nawet państwa RWPG ze sztucznie podkręcanymi państwowymi zamówieniami rozwojem dokonywały prawdziwego skoku cywilizacyjnego. Kolejne odbicie dla rynków stanowiły lata 90., gdy na gospodarkę rynkową przestawiały się kraje bloku wschodniego oraz odpalony z opóźnieniem boom gospodarczy zaczęła przeżywać Azja. Jednak i to się skończyło.

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy INFOR Biznes. Zapoznaj się z regulaminem i kup licencję

reklama


Źródło:Dziennik Gazeta Prawna

Polecane

  • Jacek(2013-03-31 13:17) Odpowiedz 00

    Czyli kryterium oceny jest to co daje ludziom prace? wyrzucimy wszystkie koparki i zacznijmy budować piramidy tak jak przed tysiącami lat...
    Rewolucja cyfrowa przyniosła zyski, wszyscy korzystamy z gpsów, komórek i internetu, koszt przesyłu informacji staniał itd. mógłbym wymieniać tysiące jej plusów

  • Krzysiek(2013-03-31 14:21) Odpowiedz 00

    Coś w tym jest. Technologia i innowacje przyczyniają się do wzrostu efektywności i jakości, ale wypierają miejsca pracy i ułatwiają zapomniane, że to człowiek jest w tym wszystkim wartością nadrzędną. Obecna ocena tego zjawiska może być wypaczona przez przeciągający się kryzys, w którym aby przetrwać trzeba (?) ciąć koszty. Nasze przedsiębiorstwa staną się tak wydajne, że nie będziemy zainteresowani tworzeniem dodatkowych miejsc pracy, ponieważ usługi z chmury będą tańsze i zawsze na żądanie. Okaże się, że będziemy tworzyć produkty, na które nie będzie nabywców tak, jak dzisiaj więcej ludzi pisze niż czyta. Wielkie koncerny chmurowe stać na to, aby przetrwać jeszcze długo fazę dokładania do interesu ponieważ taką mają strategię - "long term gready". Jaki natomiast mamy pomysł na zatrudnienie, gdy licznik ludzkości osiągnie 10 mld?

  • pawel(2013-03-31 14:41) Odpowiedz 00

    i co dalej? W stanach spada zapotrzebowanie na powierzchnię biurową bo upowszechnia się praca zdalna, syn znajomego nie chce quada bo woli tablet - siedzi w domu i klika. Nie wychodzi na dwór bo po co. Kurier z Tesco dowozi zakupy, film mam z Iplexa. Poza aktywnością sportową wymuszoną wzgledami estetycznymi i zdrowotnymi będziemy siedzieć jak ślimaki w muszelkach i klikać spięci siecią?

  • Mark(2013-03-31 15:13) Odpowiedz 00

    E-biznes, e-książka, e-administracja, e-nauka , e- muzyka itd,itd. Z jednej strony sukces, a z drugiej porażka. Porażka jest brak bezpośrednich ludzkich kontaktów biznesowych, kulturowych, społecznych. Siedzimy w domach, samodzielnie, czesto bez rozmów bezpośrednich, bez sporu, dialogu, bo dialog elektroniczny jest bez większych emocji. Sport, muzykę, naukę dostajemy , czy uczestniczymy w nich bez napięć, bez przeżywania
    zbiorowego co czasem jest plusem, ale nie koniecznie inspiruje do nowych przemyśleń, działań własnych, kreatywnych. A z drugiej strony /kradniemy? / wiedzę, muzykę, masowo plagiatujemy czy kompilujemy pracę i twórczość innych dla dobra ogólnego rozwoju? Kiedy system szybkiego przekazu masowej informacji nawali, zapętli się bez mozliwości wyjścia? cCy to będzie koniec rewolucji internetowej? Kiedy katastrofy lotnicze, astronautyczne, starowania systemami bezpieczeństwa
    lotów, produkcji, usług, żywienia wysiądą i czy to będzie ta nowocześnie pojmowana i doświadczana Apokalipsa? Nic nie wiemy co nas w nieodległej przyszłości czeka. Może lider Koreii Północnej czy Iranu uswiadomia nam jak blisko świat jest bliski zagładzie?

  • zzz(2013-03-31 20:41) Odpowiedz 00

    mój mózg jest przeładowany, informacją problemami świata , ciągle coś ulepszam i poprawiam w komputerze, obsługuję naprawę komputerów licze i pędzę, pędzę i liczę. Dość już tego stop zamykam komputer nie wracam już do informacji a co tam niech zawali się świat.

  • aabc(2013-04-01 08:17) Odpowiedz 00

    E-książka nie zastąpi e-buta, bo but jako przedmiot będzie istniał mimo zmiany technologii. Zmieni się tylko sposób jego wytwarzania.

  • wuwa(2013-04-01 08:03) Odpowiedz 00

    Próbują zrobić z internetu kozła ofiarnego i winowajcę kryzysu, o zgniłym systemie bankowym i braku pieniądza opartego na złocie ani słowa. To może od razu wróćmy do zaprzęgów konnych i diliżansów, łopaty , sierpa, młota i kilofa, świec i lamp naftowych, tramwajów konnych,

  • fin(2013-04-01 19:35) Odpowiedz 00

    Kiedyś 90% siało, zbierało i polowało ale maszyny i nawozy "zabiły" rolnictwo. I to tak skutecznie że teraz trzeba rolnikom płacić za pozostawianie pól odłogiem. Tak teraz internet zabija gospodarkę.

    Ja na przykład nie chodzę do urzędów a zakupy też zamawiam do domu przez ten okropny internet. Za to wygospodarowałem czas na przesiadywanie ze znajomymi w kawiarniach i chodzenie na fitness. Zmienił się mój popyt i trzeba się z tym pogodzić, zawsze można otworzyć kolejną siłownię lub kawiarnię.

    Jeśli nie musimy poświęcać czasu na proste czynności to będziemy go poświęcać na coś innego - to logiczne. Ludzie siedzą na kanapie i robią wszystko online? Świetnie, zakładamy fabrykę wygodnych kanap!

  • nasdac(2013-04-02 09:23) Odpowiedz 00

    1. autor chyba nie zauważa efektu niskiej bazy pisząc o tym ze ówczesne technologie w znacznie mniejszym stopniu przyczyniają się do zamożności społeczeństw o ile w ogóle można mówić o jej braku w przypadku Europy, Stanów czy części Azj - kto myśli że i mamy kryzys niech odwiedzi Somalię
    2.ludzi zwyczajnie jest za dużo na tej planecie, a średnia inteligencja pozwala na nieskomplikowane prace manualne, ale nie na obsługę zaawansowanych technologii dlatego na dzisiejszym boomie technologicznym nie korzystają "masy"
    3.śmiem podejrzewać że podobnie biadolili telegrafiści gdy wprowadzano telefony lub powożący dyliżansami jak pojawiały się samochody ;)

  • sig(2013-06-01 22:53) Odpowiedz 00

    proponuję przełożyć to na inny wymiar: ile zarabiasz ? a masz szansę zarobić więcej ponad to ?
    i taka dygresja: żeby żyć musisz zarabiać, a jak nie będziesz zarabiał, to problem z istnieniem może być...

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Redakcja poleca

Prawo na co dzień

Polecane

reklama