Dla rządu Donalda Tuska cały tydzień upłynie pod znakiem budżetu unijnego. Dziś jest spotkanie tzw. klubu przyjaciół spójności – koalicji 15 państw, które bronią kwot na ten cel zaproponowanych przez Komisję Europejską. Jutro Tusk spotka się z szefem KE Jose Manuelem Barroso i przewodniczącym Rady Europejskiej Hermanem Van Rompuyem. Z kolei w czwartek jedzie do Berlina na spotkanie z Angelą Merkel. W piątek o budżecie z prezydentem Francji Francois Hollande’em będzie rozmawiał Bronisław Komorowski.

W tej układance najważniejszym państwem jest jednak Wielka Brytania, którą pod koniec października odwiedziła minister rozwoju regionalnego Elżbieta Bieńkowska. Jeśli Cameron postawi na swoim, Polska straci 16 mld euro przeznaczonych na politykę spójności w stosunku do pierwotnej propozycji Komisji Europejskiej. Wówczas nasz kraj otrzyma w latach 2014–2020 64 mld euro pomocy strukturalnej wobec 68 mld euro w obecnej perspektywie finansowej. Po obecnym kursie złotego (4,15 za euro) daje to 265 mld zł, wyraźnie mniej niż zapowiadane przez premiera Tuska 300 mld.

Najgorszy scenariusz to fiasko szczytu i brak porozumienia. Teoretycznie, w razie prowizorium budżetowego – od stycznia 2014 r. kraje UE nadal wnoszą takie same składki, jak w 2013 r., jednak o sposobie ich wydatkowania Rada UE podejmuje decyzję kwalifikowaną większością głosów, a więc z ominięciem brytyjskiego weta. Taki układ jest jednak nie do zaakceptowania dla Londynu i bardzo zwiększa prawdopodobieństwo wyjścia z Unii Wielkiej Brytanii. Dla Niemiec taki scenariusz oznaczałby zbyt poważne ryzyko rozpadu całej Unii, w sytuacji gdy wciąż aktualne są problemy z Grecją, Hiszpanią, Włochami i Portugalią.

Dla Polski równie ważne jak obrona pieniędzy na spójność jest, by negocjacje budżetowe zakończyły się szybko. Jeśli tak się nie stanie do końca roku, rozmowy zostaną ściśle związane z debatą o przyszłości strefy euro, a następnie coraz większą rolę zaczną odgrywać kampania wyborcza w Niemczech i ogólna niechęć społeczeństwa niemieckiego do łożenia na Europę. Właśnie dlatego brytyjskie weto jest groźne (opóźnia rozmowy).

Ten scenariusz jest jednak realny. Mówił o nim na spotkaniu z korespondentem DGP Alain Lamassoure, przewodniczący komisji budżetowej w Parlamencie Europejskim. – Spodziewam się brytyjskiego weta. Sytuacja w Wielkiej Brytanii się pogorszyła. Nawet laburzyści zaczynają być eurosceptyczni, a Cameron jest słaby politycznie. Jeśli dopuścimy do szantażu Wielkiej Brytanii, to kolejne budżety UE ustalać będą kraje sceptyczne wobec Unii – powiedział Lamassoure.

Również zdaniem Danuty Huebner na kompromis 22 listopada nie ma co liczyć. – Państwa są za bardzo podzielone. Prędzej decyzja zapadnie w lutym. Nie chodzi tylko o wysokość budżetu, ale o zmiany w systemie tworzenia dochodów budżetowych UE. A bez tego Parlament Europejski nie wyrazi zgody – mówi DGP Huebner. Większym optymistą jest komisarz ds. budżetu Janusz Lewandowski. – Muszą paść jakieś liczby, inaczej będą to puste deklaracje – uważa. Poseł do PE Rafał Trzaskowski (PO) przekonuje z kolei, że pytanie w tej chwili brzmi nie czy ciąć, ale w jakim obszarze do cięć dojdzie. – Obiecaliśmy ok. 300 mld zł na politykę strukturalną, być może w takim razie cięcia będą np. we Wspólnej Polityce Rolnej. Uważamy, że w polityce spójności jesteśmy już pod ścianą i tu nie ma gdzie ciąć – mówi Trzaskowski.

W sprawę negocjacji budżetowych włączył się również prezydent Bronisław Komorowski. Jego zdaniem jeśli dojdzie do cięć w budżecie, to powinny one być równe i dotyczyć wszystkich obszarów. Co może wydawać się nieco sprzeczne z linią MSZ, aby bronić polityki spójności. Komorowski chce w ten sposób dać do zrozumienia, że jeśli cięcia dotkną politykę spójności, to muszą dotyczyć także innych dziedzin, np. polityki rolnej, na co nie zgadza Francja (co wg Pałacu Prezydenckiego osłabi chęć cięć w ogóle).

Negocjacje budżetowe powinny się skończyć przed wyborami w Niemczech, gdy kanclerz Merkel nie musi się jeszcze tak liczyć z antyunijnymi nastrojami

Jak skubano projekt Komisji

Komisja Europejska zaproponowała, aby w latach 2014–2020 budżet Unii Europejskiej zamknął się kwotą 1025 mld euro, co stanowiłoby 1,05 proc. PKB Wspólnoty. Wydatki miałyby realnie wzrosnąć o 5 proc., stopniowo zwiększając się ze 130 mld euro w 2013 roku do 146 mld euro pod koniec obecnej dekady. Część dodatkowych środków miałaby jednak zostać przeznaczona na wsparcie Chorwacji, która jest krajem biedniejszym od Polski i powinna przystąpić do Wspólnoty w 2013 roku.

KE proponuje cięcia tylko w jednym obszarze: polityce rolnej. Tu wydatki miałyby pozostać na nominalnie niezmienionym poziomie, co oznaczałoby, że realnie spadają o 12 proc. Dzięki temu w całym okresie budżetowym po raz pierwszy w historii UE najwięcej wydatków (44,6 proc.) zostałoby przeznaczonych na fundusze strukturalne, a nieco mniej (42,5 proc.) na Wspólną Politykę Rolną.

Komisja chce przekonać do takiego scenariusza bogate kraje zachodniej Europy poprzez utworzenie odrębnej kategorii „regionów w fazie przejściowej” (od 75 do 90 proc. średniej rozwoju UE). Dzięki temu ok. 30 proc. funduszy strukturalnych trafi do państw starej Unii.

W propozycji KE nie ma natomiast żadnych liczb co do wielkości wydatków na unijną administrację. Tradycyjnie ta część nakładów pochłania blisko 6 proc. wydatków Brukseli. Zarówno Londyn, jak i Berlin są jednak zdeterminowane, aby tu cięcia były szczególnie duże. Stąd prewencyjny strajk, który eurokraci zorganizowali już 8 listopada. J.BIE.