Choć widzowie czasem narzekają, reklamodawcy i tak pchają się do internetowego wideo na żądanie drzwiami i oknami. Okazuje się, że większości odbiorców duża liczba spotów w gruncie rzeczy nie przeszkadza, a efekty takiej reklamy mogą być lepsze niż w tradycyjnej telewizji.

Jeden problem: taka reklama sporo kosztuje. – Cena dotarcia do potencjalnego konsumenta za pomocą wideo na żądanie jest nawet trzykrotnie większa niż w tradycyjnej telewizji – przyznaje Beata Dąbrowska, marketing communications manager z USP Zdrowie. Firma jest producentem takich leków jak apap, gripex czy ibuprom i chętnie reklamuje swoje marki w serwisach wideo na żądanie. Jej zdaniem taka forma reklamy jest warta swojej ceny, bo zwrot z inwestycji był 2,6-krotny.

To jednak niejedyny powód, dla którego tą formą dotarcia do klientów interesuje się coraz więcej marek. Oprócz producentów żywności, lekarstw, kosmetyków i środków higieny, operatorów telekomunikacyjnych są to także producenci mebli czy banki. W tym roku wydadzą na takie kampanie ok. 50 mln zł, co w porównaniu z budżetem na reklamę w telewizji (3,5 mld zł) wydaje się kwotą nikłą. Ale zdają sobie sprawę, że zwłaszcza w kryzysie reklama w serwisach wideo to przyszłość.

– Próg wejścia w to medium jest niewielki. Za kilkanaście tysięcy złotych reklamodawca może przeprowadzić widoczną kampanię VOD w sieci – dodaje Joanna Nowakowska z Atmediów. Poza tym nie musi inwestować w nowe produkcje, gdyż najczęściej wykorzystuje te same reklamy co w telewizji. Ewentualnie wzbogacone o dodatkowe elementy interaktywne.

Niektórzy eksperci zastanawiają się, jaka liczba reklam przed seansem okaże się już zbyt duża do zniesienia i widzowie zagłosują pilotem. Ale z badań GfK Polonia dla Atmediów wynika, że nie nastąpi to szybko. – Akceptacja dla reklamy jest duża, jeśli odbiorca ma świadomość, że zawdzięcza jej darmowy seans – podkreśla Nowakowska. Jak widać, klient płaci wysoką cenę.

46 proc. internautów ogląda w internecie programy tv

10 proc. płaci za programy oglądane w sieci