Premier David Cameron idzie w ślady poprzednika. Kiedy strefa euro zmierza w stronę unii gospodarczej, to porównanie jest nieuniknione. Jednak nawet wtedy, kiedy Churchill wyobrażał sobie Brytanię jako potęgę, izolacja była wbrew narodowym interesom. Dziś jest śmieszna.

Po raz pierwszy, od kiedy Edward Heath w 1973 r. zgłosił akces do Europy, brytyjski rząd rozważa zerwanie tego związku. Spekulacje, że Londyn może opuścić UE, biorą się z marzeń eurosceptyków, że taki scenariusz będzie efektem ubocznym dramatu w strefie euro. Rodzący się plan europejskiej unii bankowej może się wydawać kuriozalnym casus belli. Jednak stworzenie jednolitego urzędu nadzoru nad bankami w strefie euro uderza w samo centrum założeń polityki Camerona. Chodzi o to, by narodowy proces decyzyjny nie podlegał ustaleniom podejmowanym w Berlinie, Paryżu czy Rzymie i nie szkodził brytyjskim interesom.

Napięcia na tej linii są ewidentne. Minister finansów George Osborne obwinia europejski kryzys za brytyjską recesję. Domaga się działań, które ustabilizowałyby wspólną walutę, i rozmów o głębszej integracji. Wielka Brytania przyglądałaby się jednak z boku tworzeniu tego nowego porządku.

Brytyjski rząd sam pozbawił się pola manewru. Ustawa przyjęta w ubiegłym roku – tak zwany pakt suwerenności – uzależnia wszelkie transfery kompetencji na rzecz UE od wyniku referendum. Sprzeczność pomiędzy procesami zachodzącymi w strefie euro a głębokim eurosceptycyzmem partii Camerona doprowadziła w grudniu ubiegłego roku do próby zablokowania przez brytyjskiego premiera paktu fiskalnego dla strefy euro. Jego weto okazało się żałośnie nieskuteczne. Wielka Brytania została po prostu odstawiona na boczny tor.

Unia bankowa oznacza podobne wyzwanie, tyle że w znacznie dotkliwszej formie. Cameron chce, by Wielka Brytania trzymała się z boku, ale by status Londynu jako europejskiego centrum finansowego był w pełni chroniony. Stanowisko Wielkiej Brytanii jest przyjmowane z mieszaniną irytacji i obojętności, a zwyczaj Camerona, by pouczać innych przywódców i obwiniać strefę euro za własne problemy, jest uważany za dowód frustracji.

Kilka lat przed słynnym wystąpieniem Churchilla w Zurychu ówczesny sekretarz stanu USA Edward Stettinius trafnie domyślał się motywacji, które za nim stały. Problem Wielkiej Brytanii – mówił amerykańskiemu prezydentowi Rooseveltowi – polega na „emocjonalnej niemożności zaakceptowania drugiego miejsca, kiedy tak długo było się na pierwszym”. Nic dodać, nic ująć.

Philip Stephens, publicysta „Financial Timesa”