Cel nowelizacji jest jasny: wyeliminować ryzyko spekulacyjnego osłabiania złotego pod koniec roku. Dziś do wyliczania zagranicznej części długu bierze się kurs złotego z ostatniego dnia grudnia. Inwestorzy wiedzą, że ministerstwu zależy na mocnym złotym, mogą więc podejmować z nim grę.

Według projektu punkt wyjścia do wyliczania złotowej wartości zagranicznej części długu byłby ciągle ten sam: liczyłby się kurs z ostatniego dnia roku. Ale by skończyć z ryzykiem ataku spekulacyjnego, wprowadzona ma być dodatkowa zasada. Jeśli przy obecnej metodzie cały dług liczony w procentach PKB przekroczyłby próg ostrożnościowy, wówczas przeliczono by go jeszcze raz, tym razem posługując się średniorocznym kursem naszej waluty.

Nowelizacja ma też wprowadzić zasadę, że gotówka, którą MF miałoby na swoich rachunkach dzięki sprzedanym obligacjom, zmniejszałaby wielkość długu, podobnie jak jest to przy ocenie bilansu np. banków. Chodzi o to, aby tzw. prefinansowanie potrzeb pożyczkowych nie powiększało wielkości zadłużenia. Obecna taktyka ministerstwa to zwiększanie podaży obligacji w okresach dobrej koniunktury na rynku. Pieniądze uzyskane z ich sprzedaży przeznacza potem na spłatę długu. Obecnie ta poduszka płynnościowa ma wartość 41 mld zł.

Zapowiedzi wprowadzenia tych zmian od początku były dobrze oceniane przez większość analityków. Chwali je m.in. Przemysław Kwiecień z X-Trade Brokers.

– To dobry pomysł. Relacja długu do PKB powinna odzwierciedlać kondycję makroekonomiczną, a nie zależeć od pojedynczego kursu. To nie od działania np. jakiegoś dużego banku, który krótko przed fixingiem ostatniego dnia roku dużym zleceniem przesunie kurs, powinno zależeć, czy trzeba będzie wprowadzać bolesne reformy, czy nie – mówi Przemysław Kwiecień.

Bo gra idzie o dużą stawkę. Gdyby dług publiczny przekroczył pułap 55 proc. PKB, to wkrótce po podaniu takiej informacji automatycznie wchodzą w życie podwyżki podatku VAT, a kolejny budżet musi być zrównoważony. Zgodnie z prawem zamrożone byłyby nie tylko pensje budżetówki, ale też ograniczona zostałaby waloryzacja emerytur i rent.

Choć zapowiedzi zmiany prawa o finansach publicznych pojawiały się już pod koniec ubiegłego roku, do tej pory projekt nie wyszedł poza resort. Jeszcze w lutym wiceminister finansów Dominik Radziwiłł mówił DGP, że intencją resortu jest wprowadzenie projektu w życie jeszcze w tym roku. Propozycje miały być już skonsultowane z rynkiem i nie budziły – według resortu – zastrzeżeń inwestorów ani agencji ratingowych.

Pod koniec kwietnia MF informowało nas, że projekt w ciągu miesiąca trafi do konsultacji zewnętrznych. Takie konsultacje i cały proces uchwalania ustawy potrwają około 3 miesięcy, co oznacza, że im później resort zgłosi projekt, tym bliżej końca roku zostanie uchwalony. A to może zostać odebrane przez rynki zachowujące się nerwowo wobec kryzysu w strefie euro, nie jako zaplanowany wcześniej ruch, ale jako doraźna próba ratowania się przed przekroczeniem progu 55 proc. długu w relacji do PKB.

A jak podkreślają analitycy, takiego ryzyka w tym roku nie ma, przeciwnie – dług ma spaść w relacji do PKB. Dlatego według Pawła Radwańskiego z Raiffeisen Banku MF wcale nie będzie się spieszyć ze zmianą metodologii wyliczania wielkości długu. – Nie sądzę, aby ministerstwo w ogóle zdecydowało się na zmianę zasad jeszcze w tym roku.

Nie zrobi tego ze względu na napięcie na rynku, tym bardziej że obecny kurs złotego wydaje się bezpieczny dla wielkości zadłużenia – mówi ekonomista. Jego zdaniem teraz także nie ma dobrej pory na forsowanie projektu ustawy. – Gdy informacji z Polski nie ma zbyt wiele, inwestorzy mogliby nadać tej zmianie dużo większe znaczenie niż rzeczywiście ona ma – dodaje Radwański. Resort będzie musiał więc wybrać starannie moment pokazania projektu albo liczyć się z tym, że uchwali go dopiero w przyszłym roku.