Przewoźnicy mają płacić już nie tylko za czynności urzędowe związane z uzyskaniem zezwoleń czy certyfikatów, lecz również za wskazanie nazw firm, z którymi będą współpracować w przyszłości. Chodzi o loty zlecane innym przewoźnikom w razie awarii własnej maszyny. Regułą jest, że w takich przypadkach korzysta się z usług innych linii, wynajmując od nich samolot. W ten sposób firma nie traci zysków i nie naraża się na ewentualne koszty odwołania rejsu.

21 mln pasażerów przewinęło się przez polskie porty lotnicze w 2011 roku

Wybór nigdy nie jest przypadkowy. Każda podstawiona maszyna jest sprawdzona i certyfikowana przez odpowiednie urzędy. Jednak polski Urząd Lotnictwa Cywilnego chce wiedzieć, z kim krajowe linie lotnicze będą współpracować, zanim dojdzie do nieoczekiwanego zdarzenia, i każe sobie za to płacić. Domaga się przedstawienia listy potencjalnych partnerów i liczy sobie tysiąc złotych od jednej nazwy.

– Działamy w ramach obowiązującego prawa, w tym przypadku jest to rozporządzenie EWG 3922/91 i ustawa – Prawo lotnicze – mówi Katarzyna Krasnodębska, rzecznik prasowy Urzędu Lotnictwa Cywilnego.

23 przewoźników nadzoruje polski Urząd Lotnictwa Cywilnego

Według niej unijne rozporządzenie wymaga, żeby każda umowa leasingu samolotu była akceptowana przez nadzór lotniczy, wydający certyfikat przewoźnika lotniczego. Tyle że nie ma tam mowy o żadnych opłatach. Ale jak twierdzi urząd, prawo do opłaty daje polskie prawo lotnicze. Wielkość opłat oraz zakres merytoryczny czynności podlegających opłatom został określony przez Sejm RP przy ostatniej nowelizacji ustawy Prawo lotnicze. – Urząd tylko – egzekwuje obowiązujące przepisy – twierdzi Krasnodębska.

Jej zdaniem sprawa jest prosta. Jeżeli linia chce mieć w pogotowiu kilku potencjalnych operatorów, to musi tylko podpisać z nimi długoterminowe umowy leasingu, uzyskać zatwierdzenie prezesa ULC, potem załączyć wykaz w instrukcji operacyjnej i koniec. W sytuacji kryzysowej, nie pytając już ULC, zleca wykonanie operacji lotniczej innej firmie.

56 lotnisk jest zarejestrowanych w krajowym rejestrze prowadzonym przez ULC

Linie lotnicze widzą to zupełnie inaczej. Traktują to jako kolejny objaw poszukiwania na siłę przez regulatora pieniędzy na rynku lotniczym. Szef jednej z linii czarterowych działających w Polsce nazywa takie rozwiązanie kuriozalnym. Żeby sporządzić listę, o której mówią w ULC, należałoby tak naprawdę wpisać na nią wszystkie linie lotnicze działające na kontynencie. – Trudno przewidzieć, w jakim kraju będziemy musieli skorzystać z wynajmu samolotu. Jeżeli do awarii dojdzie na Wyspach Kanaryjskich, będziemy sięgać po pomoc tamtejszych linii, a nie ściągać samolot np. z Ukrainy – mówi. Skandaliczna jest dla niego kwota tysiąca złotych, jaką życzy sobie urząd za jeden wpis. – Czegoś takiego nie ma nigdzie w Europie – dodaje.