Ale gdyby nawet doszło do podwyżki stóp, to niewiele by ona dała. Przede wszystkim nie spowodowałaby szybkiego spadku inflacji. Od czasu podniesienia stóp do osiągnięcia zamierzonego efektu mogą minąć dwa lata. A obecna inflacja wynika z czynników, na które rada nie ma wpływu. Wyższe stopy NBP nie obniżą cen ropy na świecie, nie zmniejszą też akcyzy od paliw. Podobnie jest w przypadku cen leków czy wzrostu stawek czynszu w mieszkaniach komunalnych.

Piotr Bujak, ekonomista Banku Nordea, mówi, że zaostrzenie polityki pieniężnej przyniosłoby więcej szkody niż pożytku. Choćby dlatego, że siła rażenia krajowych stóp rynkowych jest dziś większa ze względu na ograniczony dostęp do kredytów walutowych – na rynku przeważają kredyty w złotych i gdyby podrożały, dostęp do finansowania w ogóle byłby utrudniony. A to mogłoby mieć fatalne skutki dla tempa wzrostu gospodarczego.

– Podwyżkę traktowałbym jako narzędzie w sytuacji awaryjnej, gdyby doszło np. do nagłego odpływu kapitału spowodowanego wzrostem awersji do ryzyka – mówi Piotr Bujak.

Zaostrzenie retoryki Rady Polityki Pieniężnej ma jednak swój cel. Przede wszystkim chodzi o wywołanie wrażenia, że stopy mogłyby wzrosnąć. Inwestorzy zaczęli uwzględniać to w swoich decyzjach, co przełożyło się m.in. na notowania złotego. Polska waluta wyraźnie się umacnia od początku roku. Mocny złoty to jeden z głównych sposobów walki z inflacją.

– Poza tym chodzi o ograniczenie oczekiwań inflacyjnych. One ciągle są wysokie, a RPP chciałaby mieć je pod kontrolą. Jednak realny wybór w polityce pieniężnej jest dziś między utrzymaniem stóp bez zmian a ich obniżką w ciągu 2012 roku – mówi Piotr Bujak.

Według badań NBP konsumenci spodziewają się inflacji w ciągu najbliższych dwunastu miesięcy w wysokości 5,2 proc. To najwyższy odczyt od października 2008 roku.