Od celu, jakim pokieruje się premier Tusk, zależy tryb pracy nowego rządu. Chęć utrwalenia władzy i utrzymanie dobrej passy, jaką od pięciu lat ma Platforma, spowoduje, że rząd będzie się wstrzymywał przed każdą niepopularną decyzją. Jeśli ważniejsza od ryzyka ponoszenia politycznych kosztów okaże się chęć wprowadzenia Polski do strefy bezpiecznych finansów, możemy spodziewać się ofensywy.

Tyle że to słowo zdewaluowało się podczas poprzedniej kadencji. Kolejne ofensywy legislacyjne, jesienna czy zimowa, kończyły się fiaskiem.

– Przeprowadzenie konsekwentnej reformy finansów publicznych jest mało prawdopodobne. Rząd spotka się z dużym oporem w Sejmie – uważa Mirosław Gronicki, minister finansów w rządzie Marka Belki.

I tu pojawia się pierwszy problem, czyli mała większość w Sejmie. Przewaga kilku głosów powoduje, że przy mobilizacji opozycji realne staje się odrzucenie ustaw powodujących zmiany bolesne dla społeczeństwa – np. redukcja ulg podatkowych czy podwyższenie wieku emerytalnego. Aby zabezpieczyć się przed porażką w przypadku ważnych reform, rząd będzie musiał szukać dla nich szerszego poparcia. To zawsze powoduje rozmycie reform. Przykładem jest reforma emerytur pomostowych – w pierwotnej wersji miała objąć znacznie szerszą grupę osób.

Szukając oszczędności i wpływów do budżetu, rząd będzie musiał działać jak saper: ograniczając wydatki, utrzymywać popyt. Najgorszym wyjściem byłoby ograniczanie inwestycji infrastrukturalnych. Nie generują one inflacji, ale utrzymują wzrost gospodarczy i miejsca pracy.

– Szybkie zmiany w podatkach dochodowych nie są możliwe. Bardziej prawdopodobne jest podwyższenie VAT, ale zwiększanie podatków w sytuacji nadchodzącego spowolnienia jest ryzykowne – mówi Mirosław Gronicki.

Ale potencjał gospodarczy można uwolnić uproszczeniem przepisów i deregulacją gospodarki. Zdaniem OECD taki krok spowodowałby wzrost PKB o 1,4 proc. rocznie.

– Oszczędności można uzyskać na reformie administracji: odchudzając ją i usprawniając – mówi prof. Witold Kieżun, ekspert od administracji z Akademii im. Leona Koźmińskiego. Aby taką operację przeprowadzić skutecznie, powinni ją przygotować specjaliści, a nie urzędnicy. Jako przykład prof. Kieżun podaje reformę administracji z 1996 r. w Kanadzie. Tam premier poszedł właśnie tą drogą i zmniejszył administrację o 45 tys. urzędników.

Sprawa jest szczególnie ważna, ponieważ niewydolna administracja i przeregulowana gospodarka mogą ograniczać rozwój nawet o 1,6 proc. PKB. A właśnie rozrost administracji jest jedną z największych porażek poprzedniej kadencji Tuska. Zapowiedział ograniczenie biurokracji o 10 proc., co doprowadziło do przyrostu liczby urzędników o prawie 70 tys. osób. – Nie można obcinać w ciemno. Szef służby cywilnej powinien mieć narzędzia do określenia, w którym urzędzie administracji jest za dużo, w którym za mało, i sam te kwestie regulować – mówi prof. Antoni Kamiński, ekspert od administracji.

To jednak wiązałoby się wyrwaniem całej sfery publicznej z rąk polityków. I tu jest kolejna przeszkoda, o którą rząd może się potknąć. Partyjne doły po zwycięstwie będą domagały się nowych stanowisk. Poprzednia kadencja pokazała, że PO obsadzała stanowiska na skalę niespotykaną w ostatnim 20-leciu. Zmiana w tej materii spowodowałaby niezadowolenie i opór wobec kierownictwa partii.

Trzeba wprowadzać reformy trudne do odwrócenia

Przygotowując reformy, rząd musi też zadbać o to, by były one kontynuowane w przyszłości. Nauczką niech będzie rząd Jerzego Buzka. Wprowadził on cztery reformy, z których dwie – emerytalną i zdrowotną – rozmontowali następcy. Brak porozumienia politycznego wokół reform i ostra opozycja SLD spowodowały, że rządy lewicowe zlikwidowały kasy chorych, wprowadzając NFZ i powielając budżetowy system zasilania służby zdrowia. Z reformy emerytalnej następcy Buzka wyłączyli służby mundurowe i górników. To reformy, które ma przeprowadzić ten rząd. Jeśli któreś z sejmowych ugrupowań będzie chciało zbić kapitał polityczny na kontestacji zmian, podobny scenariusz może się powtórzyć.

Dlatego trzeba szukać poparcia zainteresowanych lub mieć silny mandat polityczny w Sejmie, by wprowadzić zmiany trudne do odwrócenia.