Resort finansów liczy, że dziurę w budżecie zasypie pieniędzmi z zysku NBP i dywidendy z państwowych spółek. Mało prawdopodobne są za to zmiany w podatkach dochodowych – nie ma czasu na ich przeprowadzenie.
Publikacja: 14 listopada 2011, 06:05 Aktualizacja: 14 listopada 2011, 08:42
Niekończące się zawirowania w strefie euro oraz widmo spowolnienia gospodarczego, krążące nad Starym Kontynentem i Stanami Zjednoczonymi, nie na żarty wystraszyły ministra finansów Jacka Rostowskiego. Tuż przed długim weekendem przedstawił on trzy scenariusze mniejszego wzrostu w wydaniu Polski. Pierwszy, zwany optymistycznym i – zdaniem ekonomistów – najbardziej prawdopodobny, zakłada spadek wzrostu PKB z obecnych 4 proc. do 2,5 – 3 proc. Wtedy dochody państwa spadłyby o 5 – 6 mld zł.
Z uzupełnieniem takiego ubytku nie powinno być kłopotów. Z pomocą budżetowi będzie mógł przyjść hojny NBP. W obecnej wersji projektu budżetu na 2012 r. zapisano, że wpłata z zysku banku centralnego wyniesie zero złotych, ale wszystko wskazuje na to, że będzie kilkumiliardowa. Drugie koło ratunkowe rzucą rządowi spółki Skarbu Państwa. Resort finansów zapisał w projekcie, że z tytułu dywidend w 2012 r. pozyska 4 mld zł. Tymczasem już widać, że wiele firm osiągnie rekordowe zyski za 2011 r. – pójdą one na wsparcie budżetu i innych akcjonariuszy. Takie zapowiedzi już słychać m.in. w PZU.
Jeśli z gospodarką będzie gorzej, czyli wzrost PKB nie przekroczy 2,5 proc., Rostowski będzie musiał szukać dodatkowych dochodów i oszczędności. Ale raczej nie będą to podatki dochodowe, bo na ich zmianę nie ma czasu – trzeba by tego dokonać przed końcem listopada. A ewentualne zyski z korekty ulg podatkowych, co jest najczęściej wymienianą propozycją, dałyby pozytywne efekty dopiero w budżecie na rok 2013. Dopiero wtedy fiskus nie musiałby zwracać pieniędzy podatnikom z tytułu ulg.
Dlatego bardziej prawdopodobne, że w razie potrzeby minister finansów będzie zmniejszał wydatki. Być może na jego celowniku znajdą się nauczyciele – jedyna grupa na garnuszku państwa, której nie objęło zamrożenie płac. W 2012 r. we wrześniu ich pensje mają wzrosnąć o 3,8 proc. Zablokowanie podwyżki to automatycznie mniejsze wydatki. – Każdy scenariusz jest możliwy. Uważam jednak, że wycofanie się z podwyżek byłoby nieuzasadnione – mówi Sławomir Broniarz, prezes Związku Nauczycielstwa Polskiego.
Inne możliwości, jakie ma minister finansów, to zmiany w becikowym, które kosztuje ok. 400 mln zł rocznie, czy zawieszenie w całości bądź części składki na OFE w 2012 r., co dałoby nawet 9 mld zł. Rząd mógłby się też pokusić o zmianę mechanizmu waloryzacji rent i emerytur i zostawić wskaźniki podwyżki jedynie o inflację, bez uwzględniania wzrostu wynagrodzeń.
W najgorszym z punktu widzenia podatników scenariuszu, w którym minister finansów założył przyszłoroczny wzrost PKB na poziomie 1 proc., ratowanie budżetu może być jeszcze bardziej bolesne. W górę poszłyby VAT lub składka rentowa. Traktowane jest to jako krok ostateczny, bo wyhamowałoby i tak powolny już wzrost gospodarczy.
Scenariusz wzrostu PKB na poziomie 1 proc. jest mało realny
Zdaniem ekonomistów scenariusz recesji jest mało prawdopodobny. – Zakłada rozpad strefy euro, a to projekt politycznie istotny i przez kilka lat będzie reanimowany – mówi Ernest Pytlarczyk, główny analityk BRE Banku.
Bardziej realne są dwa pierwsze warianty zakładające wzrost niższy niż w tym roku, ale wyższy niż średnia w UE. – Zapewne będzie to 2,5 proc. – podkreśla główny ekonomista BCC prof. Stanisław Gomułka. Wariant recesyjny trzeba przygotować, ale lepiej nie mówić o nim za dużo i za głośno. To może bowiem wystraszyć ludzi i zwiększyć prawdopodobieństwo nadejścia chudych lat.
1: ad vocem z IP: 145.237.75.* (2011-11-14 10:21)
Na hasło "waloryzacja emerytur" robi mi się niedobrze. Nie mam nic przeciw emerytom, bo, jak dożyję, sam będę z tego korzystał. Mam jedynie wątpliwość, czy to wszystko, w dobie kryzysu, ma sens. Waloryzuje się emerytury wszystkim, jak leci. Emeryci z budżetówki mają w ten sposób już większe emerytury niż ich pracujący koledzy i koleżanki. Tym bowiem od kilku lat zamrożono wynagrodzenia. Nawet kilkuprocentowe coroczne waloryzacje emerytur po kilku latach "wykrzywiają" te proporcje i ogólny sens.
2: hitaczi z IP: 89.76.115.* (2011-11-14 13:37)
Ja też nie rozumiem sensu waloryzacji emerytur w sytuacji kiedy państwo musi się zadłużać żeby w ogóle je wpłacić. System jest jaki jest (co raz mniej pracujących w stosunku do emerytów) więc emerytury powinny systematycznie maleć żeby całość się bilansowała. Tylko nie mówcie o odłożonych składkach bla bla bla... w ZUS nie ma ani grosze. Co innego z OFE, tam waloryzacja jest realna.
3: Kosmita z IP: 80.168.72.* (2011-11-14 14:31)
Pieknie! I wreszcie bedzie ten cud!

Od początku maja baryłka ropy potaniała o 15 proc. Nie oznacza to jednak, że możemy się spodziewać spadku cen na stacjach w Polsce, bo przeszkadza w tym umacniający się dolar.








