Amerykanie po cichu szykują się na scenariusz zaostrzenia kryzysu w Europie. Fed przygląda się kondycji unijnych banków działających na terenie USA pod kątem ich zdolności do przetrwania recesji lub wprowadzenia podatku od transakcji finansowych.

Działania Banku Rezerw Federalnych w Nowym Jorku (NY Fed), jednego z 12 banków tworzących Fed, czyli system banków centralnych USA, przypominają nieformalne testy wytrzymałościowe. Instytucja, która nadzoruje banki zarejestrowane w stanie Nowy Jork i okolicznych hrabstwach innych stanów, zażądała od europejskich banków dodatkowych informacji dotyczących ich zdolności finansowych w razie eskalacji kryzysu. Informacje na ten temat podał wczoraj „The Wall Street Journal”.

Chodzi głównie o europejskich gigantów. Pochodzenie ma znaczenie z kilku powodów. Przedłużający się kryzys zadłużeniowy strefy euro. Kłopoty Hiszpanii i Włoch, które zmusiły ich rządy do przyjęcia radykalnych programów oszczędnościowych. Zwalniająca gospodarka Niemiec, uznawanych za motor rozwoju całej Unii (wczoraj Morgan Stanley obniżył prognozę wzrostu strefy euro w tym roku z 2 do 1,7 proc.). Wracające, choć na razie dementowane, pogłoski o degradacji Francji w ratingach wiarygodności kredytowej. Do tego zapowiedziane po ostatnim spotkaniu prezydenta Nicolasa Sarkozy’ego z kanclerz Angelą Merkel wprowadzenie podatku od transakcji finansowych w strefie euro. Wszystko to sprawia, że ceny akcji największych banków Europy spadają. Podczas ubiegłotygodniowej zapaści niektóre instytucje – jak francuskie Societe Generale – straciły na wartości po kilkanaście procent. Poza Francuzami Amerykanie z uwagą przyglądają się też takim bankom, jak Royal Bank of Scotland (RBS), Deutsche Bank, Rabobank i UniCredit.

Każdy z nich zgromadził w nowojorskich oddziałach dziesiątki miliardów dolarów, m.in. dzięki dwukrotnemu poluzowaniu ilościowemu (QE), czyli wykupieniu amerykańskich obligacji przez Fed za pomocą specjalnie na ten cel dodrukowanych dolarów. Stąd rezerwy gotówkowe amerykańskiej filii Deutsche Banku w ciągu roku wzrosły z 67 dol. do 178 mld dol., zaś Societe Generale – odpowiednio z 25 mld do 55 mld dol. Teraz jednak program QE2 się zakończył, a kasa zaczęła wysychać. W ciągu trzech tygodni zakończonych 3 sierpnia zasoby gotówki amerykańskich filii zagranicznych banków obniżyły się aż o 16 proc.

– To sygnał, że te banki mogą znów potrzebować dolarów – wskazywał George Goncalves z Nomura Securities. NY Fed oraz stanowy szef nadzoru bankowego Benjamin Lawsky obawiają się, że w razie ziszczenia się groźby drugiego dna kryzysu banki te mogą mieć problem ze sfinansowaniem swoich zobowiązań zaciągniętych w dolarach. Choć największe instytucje finansowe zdołały już zrefinansować 90 proc. swojego zadłużenia, do końca roku potrzebują jeszcze 80 mld euro.

Obaw nie łagodzą nawet przeprowadzone ostatnio testy wytrzymałościowe. Choć Europejski Urząd Nadzoru Bankowego uznał, że testy oblało tylko osiem z 91 zbadanych banków, którym w razie problemów wystarczy 2,5 mld euro dodatkowego kapitału, to analitycy natychmiast wytknęli kontrolerom błędną metodologię. Urząd nie wziął praktycznie pod uwagę możliwości bankructwa któregoś z członków strefy euro, zakładając przy najczarniejszym scenariuszu sumaryczną stratę 10,5 mld euro. Tymczasem według RBS wystarczy, by zrestrukturyzowano zadłużenie Grecji, co jest praktycznie przesądzone, by straty sięgnęły dwuipółkrotności tej sumy. Najbardziej drastyczną ocenę przedstawił J.P. Morgan. Jego zdaniem norm nie spełnia 16 z 91 banków, a ich potrzeby opiewają łącznie nie na 2,5 mld, a 80 mld euro.