Na jednym z rysunków Andrzeja Mleczki narciarz ostro wirażuje, mijając tyczki z dobrze znanymi Polakom datami: 1956, 1970, 1976, 1980, 1981, 1989. Teraz mamy inny slalom. Narciarz z trudem mija tyczki z flagami Grecji, Irlandii, Portugalii, znów Grecji, Włoch, USA, a na dole już majaczą kolejne. Tylko wciąż ma ten sam szalony wyraz twarzy.

Wizja kryzysu

Ostatnie spadki na giełdach to kara, jaką rynki wymierzyły politykom za niefrasobliwe podejście do problemu zadłużenia i niezdolność do podejmowania trudnych decyzji o cięciach wydatków. Straciły wiarę w polityków, którzy tygodniami prowadzili targi w Kongresie. Przede wszystkim dały wyraz obawom o powrót recesji. Bo recesja to zwielokrotnienie problemu zadłużenia, który już teraz daje nam się mocno we znaki.

Dlatego krach na giełdach przyszedł, choć w ostatniej chwili kongres i administracja Baracka Obamy przyjęły kompromisowy plan, który podnosi pułap długu o 2,4 bln dol. z obecnego 14,3 bln dol. i zakłada cięcia wydatków o 1 bln dol. Amerykański kryzys zadłużeniowy wszedł w gorącą fazę raptem kilka dni po kolejnym przygaszeniu pożaru w Grecji – 21 lipca przywódcy strefy euro przyjęli nowy program pomocowy dla tego kraju, który opiewa na 109 mld euro, nie licząc 37 mld euro z prywatnych banków.

Cóż z tego, że udało się przygasić kolejne pożary, gdy problemy finansowe wielu krajów mogą się znów pogłębić za sprawą spowolnienia gospodarczego. O jego groźbie mówią coraz liczniej ekonomiści, a kasandryczne wizje odnośnie do drugiego dna kryzysu mają mocne oparcie w niepokojących danych płynących z gospodarek. Ostatnie tygodnie przyniosły całą serię słabych wyników w Europie i USA. Np. okazało się, że określający koniunkturę indeks ISM dla amerykańskiego przemysłu wyniósł zaledwie 50,9 pkt, o 4 pkt mniej niż spodziewali się analitycy. Wskazuje już tylko symboliczny wzrost w tym sektorze. W maju po raz pierwszy od roku zmniejszyła się sprzedaż detaliczna, najbardziej od sześciu miesięcy spadły zamówienia na dobra trwałego użytku. W czerwcu było podobnie. W efekcie Barclays Capital obniżył prognozy wzrostu amerykańskiego PKB do 1,7 proc. w tym roku (z 2,5 proc.) i 2,5 proc. w przyszłym (z 3,4 proc.). Fed przyznał, że wzrost gospodarczy jest znacznie niższy, niż przewidywał, a gospodarka jest w stagnacji.

Podobnie niepokojące sygnały docierają z Europy, gdzie gospodarkom nie pomaga już słabe euro. PMI, indeks wyliczany przez instytut Markit, a pokazujący nastroje w przemyśle, spadł w lipcu w strefie euro do 50,4 pkt (odczyt poniżej 50 pkt oznacza dekoniunkturę). To najniższy poziom od dwóch lat. Z kolei Bank of America obniżył prognozę PKB dla Eurolandu z 2 do 1,7 proc. w tym roku.