Po czarnym poniedziałku mieliśmy rozhuśtany wtorek. Indeksy czołowych giełd zaczęły dzień od spadków, by po południu odbić się od dna.

Bessę kontynuowała za to warszawska giełda. Indeks WIG20 spadł o 3,2 proc. Frank późnym popołudniem przebił poziom 3,95 zł.

Ekonomiści zadają sobie pytanie, czy obniżenie ratingu USA poruszyło recesyjną lawinę. Nie brakuje ekspertów zarówno zapowiadających odbicie gospodarcze, jak i tych wieszczących recesję.

● Polska. Optymiści przekonują, że gospodarka ma mocne fundamenty. Pesymiści mają wątpliwości – przestrzegają przed spadkiem tempa PKB. Nasz wzrost może spaść z ponad 4 proc. w I półroczu nawet do 3 proc. w 2012 r.

Gorsze perspektywy widać już we wskaźnikach kondycji przedsiębiorstw. Mogą produkować więcej, ale nie mają zamówień. Eksporterzy twierdzą, że zawierają coraz mniej umów. Na szczęście nie ma zagrożenia dla obsługi naszego długu. – Rząd zrobił mądrze, że większość potrzeb pożyczkowych zaspokoił w pierwszym półroczu – uważa Ignacy Morawski, ekonomista Polskiego Banku Przedsiębiorczości. Wykonanie tegorocznego budżetu nie jest zagrożone, ale z powodu niższego tempa wzrostu PKB rząd może mieć problem w przyszłym roku.

● Stany Zjednoczone. Optymiści wskazują na spadające bezrobocie i to, że politycy porozumieli się w sprawie podniesienia limitu długu. Pesymiści kontratakują: porozumienie nie rozwiązuje żadnego problemu, bo zadłużenie USA zwiększy się o 2,4 biliona dolarów, czyli o tyle, ile wyniosą uzgodnione przy tej okazji oszczędności. Negatywnym sygnałem są niższe, niż oczekiwano, wskaźniki koniunktury. Wreszcie PKB za II kwartał wyniósł 1,3 proc. zamiast spodziewanych 1,9 proc.

UE. Pesymiści podkreślają, że Europejskiemu Bankowi Centralnemu nie wystarczy pieniędzy na wykupienie hiszpańskich i włoskich obligacji (tylko w poniedziałek EBC wydał na ten cel 2 mld euro). Dług obu wymienionych państw zbliża się do 2,5 bln euro. „W księgach EBC można znaleźć śmieciowe obligacje na sumę 80 mld euro. Stanie się on bankiem złych długów dla całej Europy” – pisze niemiecka prasa.

Optymiści podkreślają jednak, że trwające od tygodnia przeceny na rynku akcji nie mają oparcia w realnej gospodarce, a są jedynie odbiciem emocji inwestorów. W takiej sytuacji giełdy powinny się wkrótce odbić od dna.

Eksport Niemiec, czyli lokomotywa wzrostu gospodarczego tego kraju, zwalnia. W czerwcu jego wartość skurczyła się w porównaniu z majem o 1,2 proc., więcej, niż spodziewali się analitycy. To zła wiadomość dla Europy, bo RFN jest motorem rozwoju całego kontynentu.

– Eksporterzy odczuwają na własnej skórze problemy całego świata. W kolejnym kwartale oczekujemy raczej dalszych spadków – mówił Reutersowi Andreas Scheuerle, analityk Dekabanku. Dane dotyczące czerwcowych wyników handlu zagranicznego opublikowało wczoraj rezydujące w Wiesbaden Federalne Biuro Statystyczne. Choć Niemcy wciąż sprzedają za granicę więcej dóbr niż w analogicznym okresie ubiegłego roku (wzrost o 3,1 proc. czerwiec do czerwca), to wzrost PKB wyraźnie zwalnia. Według ostatnich szacunków Bundesbanku w tym roku osiągnie on 3,1 proc. wobec 3,6 proc. w 2010 r. To nie wszystko, kolejny rok ma przynieść zaledwie 1,8-proc. wzrost.

Europa tnie wydatki

Mniejsze zamówienia to po części efekt kryzysu zadłużeniowego w strefie euro. Rządy kolejnych państw – od Irlandii i Grecji po Hiszpanię i Włochy – tną wszelkie możliwe wydatki, na czym cierpią m.in. niemieccy eksporterzy. I tak np. irlandzki import zmalał między kwietniem a majem (dane za czerwiec nie są na razie znane) aż o 24 proc.

Niemcom zaszkodził też wzrost wartości euro wobec większości walut używanych przez najważniejszych partnerów eksportowych spoza stosującej wspólny pieniądz Siedemnastki. Między majem a czerwcem (chodzi o wartości uśrednione) euro umocniło się wobec dolara (o 0,3 proc.), funta (o 1,1 proc.) i złotówki (o 0,8 proc.). Wyrażona w euro cena chińskiego juana praktycznie się nie zmieniła. W odniesieniu do euro podrożał jedynie frank szwajcarski (o 3,7 proc.).

Lekka eksportowa zadyszka jest paradoksalnie mniejszym problemem dla Niemiec niż dla Europy. – Obniżka nie oznacza krachu gospodarki. Powoli zmienia się bowiem jej struktura, coraz większą rolę odgrywa popyt wewnętrzny – mówi agencji Bloomberg niemiecki ekonomista Christian Schulz. To m.in. dlatego RFN w ubiegłym roku straciła na rzecz Chin pozycję światowego eksportera numer jeden. Dlatego też mimo zahamowania eksportu w czerwcu wciąż rósł import.

Handel zagraniczny wciąż pozostaje poważnym źródłem kapitału. Majowy bilans handlowy zamknął się z 12,7 mld euro na plusie; nadwyżka na rachunku obrotów bieżących sięgnęła 11,9 mld euro. Mimo spadku wartości eksport wciąż jest też wyższy niż w czerwcu 2010 r., zaś eksperci podtrzymują swoje prognozy o 11-proc. wzroście sprzedaży za granicą w skali roku.

Polityczne konsekwencje

Jeśli jednak okaże się, że spadek eksportu zwiastuje nowy trend i zapowiada większe, niż się oczekuje, spowolnienie gospodarki, konsekwencje dla Europy będą poważne. Także dla Polski, której handel zagraniczny w znacznej mierze opiera się na handlu z Niemcami (między styczniem a majem bieżącego roku 26,1 proc. polskiego eksportu szło za Odrę). Co więcej, wolniej rozwijający się Berlin będzie miał coraz mniej motywacji, by angażować własne pieniądze w rozwiązywanie problemów państw z południa strefy euro. Na to nałożą się też oczekiwania społeczne, na które tracąca poparcie Unia Chrześcijańsko-Demokratyczna (CDU) kanclerz Angeli Merkel jest coraz bardziej wrażliwa.