Przez ostatnie lata inwestycje drogowe napędzane były głównie przez unijne dotacje. Na kontraktach zarabiają wielkie konsorcja budowlane i ich podwykonawcy – głównie małe i średnie firmy z Polski. Ale drogowe eldorado może się wkrótce skończyć z wyczerpaniem środków unijnych pochodzących z perspektywy finansowej 2007 – 2013. W przyszłym roku Polska powinna otrzymać od Komisji Europejskiej ok. 12 mld zł na inwestycje drogowe. Ale już w 2013 r. mamy uzyskać tylko połowę tej kwoty (6,2 mld zł). Jeszcze gorzej będzie w 2014 r. – wtedy refundacja ma wynieść tylko 3,3 mld zł.

Wysychające środki z Unii Europejskiej na drogi oznaczają mniej zamówień ze strony sektora publicznego. To może spowodować ogromne kłopoty dla małych firm będących podwykonawcami projektów drogowych. Zarówno tych zaangażowanych bezpośrednio w budowę dróg, jak i tych produkujących na ich potrzeby – mowa o producentach asfaltu, stali zbrojeniowej, ekranów dźwiękochłonnych etc.

– Obawiam się, że dla niektórych spółek może się to skończyć źle, np. kłopotami z płynnością, a w skrajnych przypadkach bankructwem – uważa Krzysztof Stępień, dyrektor inwestycyjny w Opera TFI.

I choć drogi wciąż się buduje, w branży budowlanej już widać pierwsze oznaki załamania. Indeks WIG Budownictwo, grupujący spółki z tego sektora, od początku roku stracił ponad 20 proc., podczas gdy cały rynek urósł w tym czasie o prawie 2 proc. Analitycy nie mają wątpliwości, dlaczego tak się dzieje. – Konkurencja ze strony zagranicznych firm, np. chińskich, zmniejsza marże krajowych przedsiębiorstw – mówi Jarosław Niedzielewski, zarządzający funduszami w Investors Fundusze Otwarte TFI.

– Głównym impulsem budowy dróg są finanse UE. Z naszej strony cały proces jest niedofinansowany – uważa Janusz Piechociński (PSL) z sejmowej komisji infrastruktury. – Grozi nam poważne wstrzymanie inwestycji w latach 2014 – 2016 – dodaje.

Polscy przedsiębiorcy doskonale zdają sobie sprawę z nadchodzącego dołka. – Podpisałem kontrakt na roboty w Niemczech i szukam kolejnych. Chcę się zabezpieczyć na ciężkie czasy – mówi Sławomir Juraszek z firmy Poltrans, specjalizującej się w transporcie materiałów budowlanych, w której pracuje ok. 50 osób. – Inaczej trzeba byłoby zwolnić połowę pracowników – przyznaje. Ale nie wszystkim małym i średnim firmom uda się uciec przed kryzysem na Zachód. By przetrzymać trudne czasy, nieuniknione będą zwolnienia – w niektórych firmach redukcje mogą sięgnąć nawet 50 proc. zatrudnionych osób.