W latach 2010 – 2011 do liczącej blisko 200 firm branży wykonawczej trafiły kontrakty na budowę dróg o łącznej wartości 59 mld zł. Taka hossa prędko się nie powtórzy. Wartość kontraktów, na które w tym roku zostaną jeszcze ogłoszone przetargi, może wynieść zaledwie 7 – 9 mld zł. W najbliższym czasie rząd nie planuje ogłaszania żadnych nowych przetargów na budowę dróg. To oznacza, że w 2012 i 2013 r. firmy będą dostawać tylko pieniądze z już zawartych umów. A nawet one będą topnieć.

– Nakłady na budowę dróg w najbliższych dwóch latach będą co najmniej o połowę niższe. Dla wszystkich graczy pieniędzy nie starczy. Firmy będą upadać, najbliższego roku może nie przetrzymać kilkadziesiąt podmiotów – mówi „DGP” Adrian Furgalski, analityk rynku infrastruktury.

Ostra walka już się zaczęła. Spółki, aby przetrwać, biją się o pracę kosztem ewentualnej marży. Przetarg na budowę jednego z odcinków drogi S3 z Gorzowa Wielkopolskiego do Międzyrzecza wygrało konsorcjum portugalskiej firmy Mota-Engil Central Europe. Za budowę chce 336,5 mln zł. To o 270 mln zł mniej, niż przewidywał kosztorys Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad.

Sytuację branży pogorszyło anulowanie kilkudziesięciu przetargów z powodu braku pieniędzy na przełomie roku. Kończą się również środki unijne, a nowa perspektywa pozostaje zagadką. W szykowanym programie budowy dróg na lata 2014 – 2020 rząd zakłada, że na nowe drogi wyda 45 mld zł. To zaledwie 6,4 mld zł rocznie.

Przedstawiciele branży uważają, że jej kondycja może się pogorszyć już w ciągu najbliższego roku.

– Ograniczenie wydatków na drogi negatywnie wpłynęło na sytuację na rynku – oceniał w rozmowie z „DGP” Dariusz Blocher, prezes Budimeksu, jednego z największych budowlanych graczy.

– By sprostać obecnym realiom, niektóre firmy proponują w ofertach ceny tak niskie, że w perspektywie roku – dwóch lat może to doprowadzić do serii bankructw, czego pierwsze symptomy już się obserwuje – uważa sternik giełdowej spółki.

W branży mówi się o możliwych 150 bankructwach średnich i małych firm wykonawczych. Według Wojciecha Malusiego, szefa Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Drogownictwa, to liczba zbyt wysoka.

– To nie oznacza, że nie stoimy w obliczu potężnego kryzysu. Brak zamówień ze strony rządowej i samorządowej, do których w całości należy infrastruktura drogowa, oznacza koniec pracy i przychodów – mówi „DGP” Wojciech Malusi.

Jego zdaniem dla branży drogowej nie ma żadnych alternatyw.

– Jesteśmy wysoce wyspecjalizowaną branżą. Firma drogowa nie jest w stanie zacząć nagle budować domów – zauważa Malusi.

Nadchodzący kryzys może oznaczać także poważne problemy dla największych firm.

– Mniejsze mają szansę na znalezienie niszy, np. przy utrzymaniu dróg. Dla dużych utrata miliardowych przychodów to dramat – mówi Wojciech Malusi.

Z tego powodu liderzy w branży drogowej starają się dywersyfikować swoją działalność, np. Budimex stara się o przejecie spółki PNI działającej w branży modernizacji kolejowych.