Dzisiaj rząd przyjął wstępny projekt budżetu na 2012 rok.

Ministerstwo Finansów proponuje: nie będzie odmrożenia płac w budżetówce. Niewiele otrzymają też nauczyciele. Po czterech latach 10- lub 7-procentowych wzrostów pensji w przyszłym roku dostaną zaledwie 2,2 proc. podwyżki. I to dopiero od września.

Nie zyskają także bezrobotni. W tym roku wydatki na ich aktywizację zmalały z ponad 7 mld zł do 3,2 mld zł. W przyszłym roku utrzymają się na podobnym poziomie. Również w innej sprawie minister Rostowski nie poszedł na rękę Jolancie Fedak, szefowej resortu pracy. Nie zgodził się na odmrożenie kwoty dochodu uprawniającej do świadczeń rodzinnych. Grupa uprawnionych do tych zasiłków zatem nie wzrośnie.

Utrzymany za to zostanie system podwyżek rent i emerytur. Świadczenia wzrosną w marcu 2012 roku o 4,2 proc. Wskaźnik uwzględni inflację i co najmniej 20 proc. realnego wzrostu płac.

Przynajmniej na razie nie powinniśmy się spodziewać rewolucji w podatkach. Stawki i progi PIT pozostaną takie jak dzisiaj. Niestety oznacza to, że realnie, po uwzględnieniu inflacji, fiskusowi zapłacimy więcej. Bez zmian pozostaną także stawki VAT, choć dochody z tego podatku mają wzrosnąć ze 123,8 mld zł w tym do 132,5 mld zł w 2012 roku. Dla rodziców złą wiadomością będzie to, że wyższym VAT – 23 proc. – zostaną objęte ubranka dla niemowląt. Tę podwyżkę resort finansów tłumaczy wyrokiem Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości. Inny wzrost podatków dotyczy akcyzy na papierosy, która pójdzie w górę o 4 proc.

Taka konstrukcja budżetu razem z wprowadzonymi już cięciami w OFE i regułą wydatkową ma dać rządowi gwarancję obniżki deficytu sektora finansów publicznych. Gabinet Donalda Tuska obiecał Brukseli, że ten deficyt spadnie z 7,9 proc. w 2010 roku do 2,9 proc. w 2012 roku. Jednak, jak widać po projekcie, rząd nie chce tego osiągnąć zmianami systemowymi, lecz polityką drobniejszych kroków. Pytanie, czy nawet te ostrożne posunięcia nie spowodują ostrych protestów ze strony nauczycieli, innych pracowników budżetówki czy koalicjanta partii Donalda Tuska.

Minister finansów chce zacisnąć pasa bardziej, niż zakładał to w przyjętym 5 kwietnia Wieloletnim Planie Finansów Państwa. Wydatki, jakie zapisał w projekcie budżetu, są niższe o 2 mld zł. Oszczędności minister szuka m.in. w Funduszu Pracy.

Zaciskanie psa nie dziwi, bo w uzasadnieniu projektu budżetu jako jedno z największych zagrożeń dla wzrostu gospodarczego jest wymieniana nierównowaga w finansach publicznych. W tym roku deficyt sektora finansów publicznych wyniósł 7,9 proc. PKB. Rząd stara się przekonać Brukselę i rynki finansowe, że jest w stanie szybko poradzić sobie z tym problemem. Pod koniec przyszłego roku ten deficyt ma wynieść mniej niż 3 proc. PKB.

Niższy deficyt

Deficyt budżetowy ma więc być niższy w porównaniu z zapisanym w Wieloletnim Planie Finansów Państwa o 2 mld zł. A był to dokument przyjmowany zaledwie kilka tygodni temu. Budżet został też ułożony w ten sposób, że kolejny rok maleje udział wydatków budżetowych w relacji PKB. Choć nie jest to imponujący spadek – z 20,6 proc. do 20,2 proc. PKB. Utrzymaniu w ryzach naszych finansów ma też służyć reguła wydatkowa, która nie pozwala na wzrost wydatków o procent ponad inflację oraz zamrożenie płac w budżetówce. Nie ma też mowy o dużych wzrostach wydatków. Największy wynika z rosnącej dotacji do FUS (nie obejmuje go reguła budżetowa), który jest spowodowany waloryzacją emerytur i rent. Dotacja będzie wyższa o 3 mld zł. Budżet przeznaczy też o 1,6 mld zł więcej na podwyżki dla nauczycieli (łącznie ze skutkami podwyżki od września tego roku). Wyższe mają też być o 1 mld zł wydatki na Narodowe Centrum Nauki i Narodowe Centrum Badań i Rozwoju.

Do tego o ponad 5 mld zł rosną wydatki na obsługę długu. Potrzeby pożyczkowe netto mają wynieść 46,7 mld zł (w tym roku miliard mniej), ale rekordowo rosną potrzeby pożyczkowe brutto – mówią, ile zadłużymy się na poczet przyszłorocznego budżetu, ale też ile wydamy na obligacje, które trzeba wykupić w przyszłym roku. Ta suma wyniesie aż 186 mld zł, podczas gdy w tym na ten cel ma zostać wydane 155 mld. Resort finansów tłumaczy taki wzrost tym, że w przyszłym roku kumuluje się wykup papierów wartościowych emitowanych w latach 2009 – 2010.

Dochody w górę

Walce z deficytem sprzyja wzrost gospodarczy. Dochody podatkowe mają rosnąć, głównie właśnie dzięki niemu. W tym roku nasz PKB ma być wyższy o 4 proc. i o tyle samo wzrosnąć w kolejnym roku. Resort finansów szacuje, że w przyszłym roku nadal szybko będzie wzrastał import i eksport (oba o 8,5 proc.), utrzyma się też wzrost konsumpcji, która w skali roku wzrośnie o 3 proc.

Kolejny rok względnie wysokiego wzrostu gospodarczego, polepszająca się sytuacja na rynku pracy, ale też wysoka inflacja mają sprawić, że wyraźnie wzrosną dochody z PIT i CIT. Rekordowy będzie też wzrost dochodów z podatku od osób prawnych – mają być wyższe o niemal 20 proc. Wpływy z podatku od osób fizycznych mają wzrosnąć o blisko 10 proc. Niewiele mniejsze będą także wzrosty wpływów z podatków pośrednich – 8 proc. z VAT i 7 proc. z akcyzy. Nie zmieniają się zapowiadane wcześniej przychody z prywatyzacji. Według planów resortu skarbu w przyszłym roku ze sprzedaży państwowego majątku budżet pozyska 10 mld zł.