Dzięki wielkiej akcji promocyjnej Francja potrafiła przekonać świat, że młode wino jest luksusem, który wart jest każdych pieniędzy.
W przyszły czwartek równo o północy w sklepach i restauracjach całego świata pojawi się beaujolais nouveau. Młode wino o wątpliwym smaku stało się jednym z eksportowych hitów Francji, która potrafiła przekonać świat, że ma do czynienia z produktem wyjątkowym. To efekt akcji marketingowej, na którą składają się m.in.: doskonała logistyka, zmuszenie producentów do rezygnacji z promowania własnej winnicy, niskie koszty produkcji i wmówienie klientom, że beaujolais to... luksus.
Sukces młodego wina jest w głównej mierze zasługą niezwykłej operacji logistycznej, której rozmach można porównać tylko z sieciami dystrybucji największych koncernów świata – Coca-Coli czy Unileveru. Od Japonii po Amerykę, od Norwegii po RPA, nowy rocznik beaujolais pojawi się na stołach restauracji i półkach sklepowych dokładnie o tej samej porze.
Aby przedsięwzięcie się powiodło, trzeba zorganizować w ciągu paru dni transport poza Francję 30 mln butelek – ciężarówkami, pociągami, statkami i samolotami. Operacja kosztowna, ale opłacalna: dzięki niej beaujolais robi na świecie karierę jednego z najbardziej znanych trunków Francji. Choć produkcja win przechodzi w tym kraju dramatyczny kryzys (sprzedaż w ciągu 20 lat zmniejszyła się o połowę), młode wino z roku na rok utrzymuje niewielki, ale stały wzrost. Na ten malutki region (zaledwie 20 tys. ha) na północ od Lyonu przypada już 3 proc. wszystkich win sprzedawanych przez Francję. Zaledwie siedem razy więcej upłynnia słynne Bordeaux.
Wspólna mobilizacja 3600 producentów beaujolais nouveau nie kończy się jednak na dostarczeniu wina na czas. Sukces przypieczętowała rezygnacja z promowania własnej winnicy i pogodzenie się z pełną anonimowością.
Na każdej butelce młodego wina widnieje tylko jedna z dwóch nazw: Beaujolais lub Beaujolais Nouveau. W ten sposób wylansowano jedną markę, która dziś jest rozpoznawalna nawet na drugim końcu świata. – Oznaczenia pozostałych francuskich win są niezwykle skomplikowane. Zabiegani klienci nie mają czasu zapamiętywać setek nazw chateaux, aby wybrać butelkę, która za rozsądną cenę pozwoli im znaleźć dobry trunek. A tak wchodzą do sklepu, widzą beaujolais i już wiedzą, co wybrać – mówi „DGP” Matthew Dickinson, dyrektor ds. marketingu w Thierry’s, jednym z głównych importerów produktów alkoholowych w Zjednoczonym Królestwie.
Właściciele winnic nie mają zresztą ambicji butelkowania wina we własnym chateau. Oddają trunek w wielkich beczkach hurtowniom, które dalej go przerabiają. Wszelkie akcje marketingowe są koordynowane przez stowarzyszenie Inter Beaujolais i to ono określa, w którym kraju zostaną zorganizowane główne uroczystości wprowadzenia na rynek nowego rocznika, jak będzie brzmiało hasło promocji, jaka etykieta znajdzie się w danym roku na butelkach.
We Francji taka strategia to wyjątek. Ustanowiony jeszcze w 1936 roku system chronionych nazw pochodzenia (Appellation d’origine controlee – AOC) został pomyślany na zupełnie inne czasy: gdy delektowanie się winem było zajęciem elitarnym, a kupujący mieli czas i ochotę przedrzeć się przez gąszcz dziś mało komu cokolwiek mówiących nazw. Uprościć system AOC jest jednak teraz trudno, bo wielu francuskich właścicieli winnic uważa, że produkuje o wiele wyższej jakości trunki niż sąsiedzi, i wcale nie zamierza podporządkować się jednej etykiecie.
Beaujolais tymczasem może być sprzedawane pod jednolitą etykietą i wysyłane jednocześnie w dziesiątkach milionów butelek na cały świat, bo to produkt masowy. Koszty wytworzenia są wyjątkowo niskie, ponieważ przypominają sposób, w jaki wino wyrabiano jeszcze w XVIII w. Był to wówczas napój, który spożywano przede wszystkim ze względów higienicznych, a nie dla dobrego smaku: alkohol po prostu zabijał bakterie i w ten sposób zastępował złej jakości wodę.
Dzięki temu beaujolais jest dostępne właściwie dla wszystkich, przynajmniej w Europie. Jak podaje „Le Figaro”, w zeszłym roku jedna butelka kosztowała we francuskich sklepach średnio 3,8 euro (15 zł). W ten sposób producent wstrzelił się niemal dokładnie w możliwości finansowe Francuzów, którzy średnio płacą za butelkę wina 3,6 euro.
1: szerszeń z IP: 188.146.253.* (2010-11-13 21:54)
Treść artykułu oddaje jakość tego "wina". W Polsce się przyjmuje, gdyż większość społeczeństwa zawsze ceniła smakowo zwykłe bełty.
2: kostia z IP: 88.199.142.* (2010-11-14 20:08)
Dodam, że 3/4 produktów na rynku to triumf marketingu nad jakością. Klient lubi luksus, a jeśli jakieś g... zapakujemy w "złoty" papierek i sprzedamy do tego pod świetnie wypromowana marką, to klienci zawsze się znajdą.
3: Bełt dla frajerów z IP: 95.48.163.* (2010-11-15 08:17)
Błożolenuwo ma się tak do wina jak zaczyn do piwa albo zacier do wódki. No ale wszelkiej maści snoby ze sfer młododorobkiewiczowskich widocznie uważają że spijanie tego kwasu jest w stylu "młodych, wykształconych, z dużych miast". Pili by nawet gdyby do flaszek po błożolenuwo wlać "Mocną wisienkę" czy "Beczkę gorzką" tacy to smakosze :-)))

Resort transportu dopina drogową układankę. DGP dotarł do harmonogramu otwarć czterech kolejnych odcinków. Kierowcy mogą od wczoraj jeździć 7-kilometrowym odcinkiem autostrady A2 najbliżej Warszawy – między Konotopą a Pruszkowem. To odcinek E Budimeksu – pierwszy z pięciu budowanych na 91-kilometrowej trasie Łódź–Warszawa.








