Produkcja przemysłowa w lipcu była o 10,3 proc. większa niż przed rokiem – wynika z opublikowanych wczoraj danych GUS. Chociaż to nieco słabsze tempo niż w czerwcu, ale wciąż bardzo dobre. Ekonomiści podkreślają jednak, że dynamika wzrostu jest w tej chwili uzależniona głównie od zagranicznego popytu na polskie towary i usługi. Moc zdecydowanie traci popyt wewnętrzny.

– Wstrzymywanie się od zakupów musi pociągnąć za sobą spadek popytu, a tym samym spowolnienie wzrostu gospodarczego – uważa prof. ekonomii Wiktor Osiatyński.

Eksport będzie wprawdzie w stanie utrzymać dobre tempo naszego PKB, ale tylko pod warunkiem, że gospodarki Unii Europejskiej, a szczególnie Niemiec, nie dostaną zadyszki.

A jaki może być skutek wyhamowania konsumpcji?

Polacy nie chcą kupować

Polacy coraz niechętniej wydają pieniądze. Z najnowszych badań Instytutu Rozwoju Gospodarczego SGH wynika, że w drugim kwartale o 6 proc. spadła skłonność do kupowania tzw. dóbr trwałego użytku. Zmniejsza się zainteresowane budowaniem domów czy kupowaniem samochodów. Indeksy, które w syntetyczny sposób to mierzą, spadły – odpowiednio – o 3,5 proc. i 10 proc.

Polacy zaczęli oszczędzać. Z danych NBP wynika, że środki zgromadzone w lipcu na rachunkach bankowych i lokatach przekroczyły 467 mld zł. A to oznacza, że od początku roku wzrosły o prawie 90 mld zł, czyli o ponad 20 procent.

– Tak dużego wzrostu oszczędności nie notowaliśmy jeszcze nigdy w historii – mówi prof. Katarzyna Duczkowska Małysz z SGH.

Ekonomiści i socjologowie twierdzą, że to efekt lęków i podsycanej ostatnio przez polityków niepewności.

– Niejasna sytuacja z budżetem państwa, systemem emerytalnym, a także niepewna kondycja gospodarki światowej sprawiają, że ludzie wolą trzymać pieniądze na koncie – twierdzi prof. Krzysztof Rybiński, były wiceprezes NBP.

Perspektywy dla konsumpcji nie są najlepsze. Zatrudnienie rośnie, ale w ślad za tym nie idzie wzrost płac. Coraz trudniej o kredyt konsumpcyjny, zwłaszcza dla osób o niższych dochodach.

– To spowoduje spadek sprzedaży samochodów i innych dóbr trwałego użytku. Z zakupów zrezygnuje część osób mniej zamożnych, które do tej pory konsumowały na kredyt – mówi prof. Duczkowska.

Trudniej będzie też o kredyt hipoteczny, bo czeka nas dalsze przykręcenie śruby przez banki. Dokładnie 23 sierpnia wchodzi w życie rekomendacja Komisji Nadzoru Finansowego, zakazująca instytucjom finansowym udzielania kredytów hipotecznych w walutach obcych osobom, które nie mają co najmniej 20 proc. wartości kupowanego mieszkania.

Poważnym hamulcem wzrostu konsumpcji może też być zamrożenie płac w budżetówce, a także zapowiedziana przez rząd podwyżka VAT o 1 proc.

Z opublikowanych wczoraj danych o produkcji przemysłowej w lipcu wyraźnie widać, że najlepiej mają się branże eksportowe. Produkcja komputerów i elektroniki wzrosła aż o ponad 54 proc. w skali roku, a chemikaliów o niemal 35 proc. – To potwierdza, że ożywienie w przemyśle zawdzięczamy nadal branżom, które korzystają z poprawy koniunktury u naszych partnerów handlowych, głównie w Niemczech – mówi Maciej Reluga, główny ekonomista BZ WBK.

To właśnie Niemcy korzystają najbardziej na ożywieniu globalnego handlu i ciągną w górę całą strefę euro. W drugim kwartale PKB u naszych zachodnich sąsiadów wzrósł o 3,7 proc. w skali roku. Kwartalnie tak szybkiego tempa nie notowano od czasu zjednoczenia Niemiec.

Czekamy na wieści z USA

Jednak to, co dziś jest paliwem dla polskich firm, jutro może im zaszkodzić. Dynamika produkcji i całego polskiego PKB zależy przede wszystkim od sytuacji międzynarodowej. Ta nie jest jednoznaczna. Niemiecki indeks ZEW obrazujący przewidywania finansistów spadł w lipcu z 21,2 do 14,1 pkt.

– Tak długo, jak ryzyko podwójnego dna w USA i pogorszenia sytuacji w chińskiej gospodarce będzie się oddalało, tak długo niemiecka gospodarka będzie się rozwijać, a my razem z nią – mówi Maciej Reluga.

Piotr Kalisz z BZ WBK ocenia, że jeśli sytuacja w USA się pogorszy, to może to spowodować wyhamowanie tempa wzrostu produkcji w Polsce.

Byłaby to zła informacja także dla polskiej konsumpcji. Dziś jest szansa, że stopniowo zacznie ona przyspieszać, bo firmy eksportowe będą musiały szukać rąk do pracy. Dziś przemysł wykorzystuje swoje moce produkcyjne w zaledwie 79 proc., ale ten wskaźnik systematycznie rośnie od kilku kwartałów.

– Żeby produkować, eksporterzy będą potrzebowali rąk do pracy. A rosnące zatrudnienie zwiększa łączne dochody Polaków – mówi Maciej Reluga.

To powinno się przełożyć na wzrost popytu i wzmocnić fundamenty gospodarki.