Po zerwaniu rozmów z Węgrami przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy spodziewano się, że Budapeszt pociągnie ze sobą w dół pozostałe rynki regionu. Nic takiego jednak nie nastąpiło.

Ekonomiści z niepokojem czekali na poniedziałkowe otwarcie giełd w Budapeszcie, Pradze i Warszawie. Poza Węgrami spadki nie były jednak znaczące, a warszawska giełda zakończyła nawet dzień na niewielkim plusie (0,01 proc.). W ciągu dnia początkowe straty (rzędu ponad 1 proc.) odrabiał także złoty. – W czerwcu, gdy węgierscy politycy straszyli scenariuszem greckim, negatywny wpływ na złotego także nie trwał długo, był jedno-, dwudniowy – uspokaja w rozmowie z nami Marek Wołos z TMS Brokers.

To nie Polska ma problem z MFW

– Od czasu wybuchu kryzysu nikt już nie traktuje państw Europy Środkowej i Wschodniej jak jednego koszyka. Węgrzy mają problemy z MFW, a Polska nie. Nie ma więc powodu, dla którego wasza gospodarka miałaby odczuć skutki zawirowań znad Balatonu – tłumaczy nam Vladimir Gligorov z Wiedeńskiego Instytutu Międzynarodowych Studiów Ekonomicznych. – Politycznie motywowane, nieprzemyślane kroki rządu Viktora Orbana dodatkowo uświadomiły rynkom odrębność poszczególnych państw regionu. To już nie jest system naczyń połączonych – dodaje w rozmowie z nami węgierski ekonomista Karoly Soos.

Dzięki temu, według Eurostatu, w tym roku po raz pierwszy w historii Polska ma szansę wyprzedzić Węgry pod względem poziomu zamożności. Na razie nasz PKB na mieszkańca wynosi 61 proc. średniej unijnej, a węgierski jest o 2 pkt proc. wyższy. Jednak na ten rok unijni statystycy przewidują dla nas 2,7 proc. wzrostu, podczas gdy Węgry mają stać w miejscu. O ile kolejne zawirowania nad Balatonem nie doprowadzą do rewizji tych prognoz.

Węgry na równi pochyłej

A to możliwe, bo sytuacja jest coraz trudniejsza. Węgierski forint runął wczoraj nie tylko wobec euro (o 2,3 proc.), ale i wobec polskiej waluty (o 2 proc.), choć do tej pory to nasz rynek był uważany za najbardziej wrażliwy w regionie. I zdaniem analityków Morgan Stanley to jeszcze nie koniec kłopotów. „Oczekujemy dalszych spadków kursu forinta do euro i dolara. Złamanie bariery 290 forintów za euro (wczorajszy kurs to 289,28 – red.) może spowodować interwencję banku centralnego, ale nie cofnie negatywnego trendu” – czytamy w komentarzu firmy.

Budapeszteński indeks giełdowy spadł wczoraj o 2,9 proc., dramatycznie – bo o 15 proc. – wzrosła za to wartość spreadu CDS dla obligacji pięcioletnich. Węgry znalazły się na siódmym miejscu wśród państw najbardziej zagrożonych bankructwem – tuż za Islandią, Irakiem czy Pakistanem. Coraz bardziej zaniepokojone sytuacją w kraju są także media. „Z niedowierzaniem przecieramy oczy. Niemożliwe, żeby rząd Orbana aż tak z nas drwił. Trzeba było otwarcie powiedzieć, że nie potrzebujemy kredytów od MFW i UE. Ale jak inaczej mielibyśmy spłacić nasze ogromne zadłużenie?” – napisał liberalno-lewicowy dziennik „Nepszabadsag”. A ekonomiczny portal internetowy Portfolio przeprowadził wczoraj relację na żywo z kolejnych dramatycznych reakcji analityków i rynków na ostatnie wydarzenia.

Ryzykowna gra Orbana, który do końca opierał się presji ze strony MFW na przeprowadzenie kosztownych społecznie cięć, może zakończyć się katastrofą. Bez spełnienia warunków funduszu Budapeszt nie ma co liczyć na przekazanie kolejnych transz wartego 20 mld euro kredytu. Cięć nie będzie jednak co najmniej do jesiennych wyborów lokalnych, które Orban zamierza wygrać – nie podejmując trudnych decyzji gospodarczych.

współpraca kk