Podobnych wyników gospodarczych spodziewają się ekonomiści. To oznacza, że rząd zdecydował się nie powtarzać zabiegu zastosowanego przy tegorocznym planie dochodów i wydatków, gdy przyjął niski wskaźnik wzrostu PKB, mimo że większość prognoz mówiła o szybszym rozwoju gospodarki. Ekonomiści uznali, że te zaniżone założenia przyjęto, by na koniec roku można było się pochwalić niskim deficytem. Ten plan się powiódł. Obecnie i przedstawiciele rządu, i część ekonomistów sądzą, że tegoroczny deficyt może być nawet o 10 mld zł niższy od zapisanych w ustawie 52 mld zł.

Przyjęcie bardziej realistycznych prognoz gospodarczych – nie podoba się części ekonomistów. Mirosław Gronicki, były minister finansów, uważa wręcz, że rząd popełnia błąd. Bo w rezultacie będzie miał mniej swobody niż w sytuacji, gdyby przyjął ostrożniejsze założenia i dysponował – jak nazywają to ekonomiści – zakładkami. Poza tym – jego zdaniem – nie wszystkie założenia wydają się realistyczne.

– Przy zaledwie 3,5-proc. wzroście PKB zakłada się spadek bezrobocia do 9,9 proc. Mówimy jednak o bezrobociu rejestrowanym: zawsze można zmienić jego definicję i w ten sposób obniżyć stopę bezrobocia – mówi Mirosław Gronicki. Wątpliwości budzi też szacowany wzrost zatrudnienia. Ma ono wzrosnąć o 1,9 proc. – Przedsiębiorcy będą dążyli do tego, by oszczędzać na pracy i zwiększać wydajność, a nie zatrudniać – mówi.

Były szef resortu finansów krytykuje też rząd za to, że nie pokazał przynajmniej wstępnego planu deficytu.

Także Jakub Borowski, główny ekonomista Invest-Banku, uważa, że o budżecie jeszcze wiadomo za mało.

– Założenia są zbliżone do najbardziej prawdopodobnego scenariusza. Ale diabeł tkwi w szczegółach. Musimy poczekać do września na uzasadnienie budżetu, bo dopiero wtedy będzie można sprawdzić, jaka ma być struktura wzrostu PKB – mówi.

Na podstawie rządowych założeń wyliczył on, że we wrześniowym projekcie znajdzie się deficyt na poziomie niewiele przekraczającym 36 mld zł. Dochody – według Borowskiego – miałyby wynieść 266 mld zł, zaś wydatki około 302 mld zł. – Te kwoty mogą się różnić o kilka miliardów, ale taki będzie mniej więcej rząd wielkości – mówi ekonomista.

Jego zdaniem jedno jest pewne – rząd po prostu musi wpisać do budżetu spadek deficytu. I to nie w stosunku do planowanych na ten rok 52 mld zł, ale w stosunku do wykonania. To oznacza, że górna granica deficytu w przyszłym roku to około 40 mld zł.

– Ważne będzie, czy przypadkiem nie dojdzie do zamiatania wydatków pod dywan. Gdyby nominalna wielkość deficytu była zbliżona do 40 mld zł, nie wzbudziłoby to zachwytu na rynku – mówi Borowski.

A pokusa manipulowania wielkością nominalnego deficytu jest o tyle duża, że rząd może zrobić to stosunkowo łatwo – np. wypychając część wydatków z centralnej kasy do innych instytucji publicznych. Dlatego ekonomiści uważnie przyglądają się poziomowi deficytu finansów publicznych. Ten wskaźnik też najbardziej interesuje Brukselę.

W tym roku wyniesie on około 7 proc. PKB. W przyszłym prawdopodobnie spadnie, ale nie tak bardzo, jak chciał tego rząd w tzw. programie konwergencji zawierającym plan spełnienia kryteriów umożliwiających wejście Polski do strefy euro. Według Mirosława Gronickiego deficyt może spaść do około 6 proc. PKB. Podobnie uważa Jakub Borowski.

– Deficyt sektora finansów powinien wynosić około 5,5 proc. PKB. Jednak nawet z takim wynikiem trudno będzie wykonać plan zejścia z deficytem do 3 proc. PKB już w 2012 r. – mówi ekonomista.