Najgorzej było wczesnym popołudniem. To wtedy euro było po 4,20 zł, za dolara płacono 3,40 zł, a franka wyceniano na 2,97 zł. Złotemu nie sprzyjały kolejne napięcia w strefie euro: okazało się, że Niemcy nie konsultowały z nikim swojego planu wprowadzenia zakazu niezabezpieczonej krótkiej sprzedaży obligacji. A to oznacza, że wśród liderów Eurolandu może nie być jednomyślności co do sposobu walki z kryzysem.

– To, co się działo, można nazwać ewakuacją inwestorów z polskiego rynku. Pojawiały się informacje, że wycofują się banki niemieckie i inwestorzy z USA – mówi Marek Wołos z TMS Brokers.

Na dodatek niektórzy inwestorzy uznali wypowiedź wicepremiera Waldemara Pawlaka za sygnał, że można bezpiecznie grać na osłabienie złotego. Wiceszef rządu powiedział wczoraj, że kurs euro powyżej 4 zł jest dobry, bo zwiększa konkurencyjność polskiego eksportu. Czytaj: rząd nie będzie przeciwdziałał osłabieniu złotego.

– Dolar się umacnia i trzeba się liczyć z osłabieniem złotego, ale nie powinno nas to martwić – powiedział wicepremier.

W przełamaniu negatywnego trendu nie pomogły dobre dane o produkcji przemysłowej za kwiecień. Z opublikowanych wczoraj informacji GUS wynika, że produkcja polskiego przemysłu ma się dobrze. W kwietniu wzrosła o 9,9 proc. w skali roku, co ekonomiści tłumaczą dobrą kondycją eksportu.

– Na razie u partnerów handlowych widać ożywienie, mimo całego tego ryzyka, które wisi nad strefą euro. Na razie dobra tendencja powinna się utrzymać, choć oczywiście rosną obawy, czy reformy fiskalne w niektórych krajach strefy euro nie wyhamują ich wzrostu – mówi Maciej Reluga, główny ekonomista BZ WBK.

Jeśli sprawdzi się negatywny scenariusz – czyli zaciskanie pasa wpędzi gospodarki europejskie w stagnację – polskiemu eksportowi nie pomoże nawet słaby złoty. Ekonomiści zgadzają się z wicepremierem Pawlakiem, że osłabienie waluty może poprawić opłacalność sprzedaży za granicą, ale zaznaczają, że niekoniecznie doprowadzi do zwiększenia jej wolumenu. Ten zależy od liczby zamówień. Jeśli sytuacja w Europie się pogorszy, liczba zamówień spadnie. A wtedy nie ma co liczyć na utrzymanie dobrego tempa produkcji przemysłowej w Polsce.

Według niektórych analityków strach przed takim właśnie rozwojem wydarzeń szkodzi polskiej walucie.

– Złoty płaci za grzechy innych. To, co działo się na rynku, to mieszanka wzrostu awersji do ryzyka i obaw, jaki wpływ obecna sytuacja może mieć na wzrost w regionie, zwłaszcza w krajach silnie związanych ze strefą euro – mówił agencji Bloomberg Marcin Kopaczyński, analityk Raiffeisen Centrobanku.

Sytuacja na rynku walutowym zaczęła się poprawiać około godziny 15.40. Złoty mozolnie odrabiał straty. Być może pomogło w tym oświadczenie Piotra Marczaka, dyrektora departamentu długu publicznego Ministerstwa Finansów. Przypomniał, że resort wykorzystuje osłabienie złotego do wymiany środków walutowych i robi to w NBP lub przez rynek. Analitycy potraktowali je jako ostrzeżenie: jeśli złoty będzie gwałtownie tracił, MF ruszy na rynek sprzedawać waluty. W efekcie pod koniec handlu euro wyceniano na 4,15 zł, a dolara 3,36 zł.