FELIETON

A parę tygodni wcześniej mieliśmy największą kompromitację podczas urzędowania ministra, czyli słynnych inwestorów z Kataru. Nawiasem mówiąc, dzisiaj z dystansu widać, że katarski problem miał bardziej charakter PR-owski niż rzeczywisty. Po prostu – odtrąbiono sukces. Ba! Zrobił to sam minister Aleksander Grad, zbyt wcześnie.

A sukcesu nie było, tylko powszechna kpina. Co ciekawe, sprawa stoczni została rozwiązana tak czy inaczej – dzisiaj nie jest ona problemem rozpalającym głowy polityków i pióra publicystów. Aleksander Grad z roboty nie wyleciał, premier wycofał się ze swojego ultimatum.

Teraz mamy 13 maja 2010 roku, dzień po wielkim triumfie szefa resortu skarbu. Doprowadził do szczęśliwego finału, czyli udanego debiutu giełdowego PZU. I nikt tego triumfu Gradowi nie odbierze. Rozwiązanie niesłychanie skomplikowanego i delikatnego sporu właścicielskiego w tej firmie to jego niekwestionowana zasługa. Podobnie jak sprawne wprowadzenie akcji ubezpieczyciela na giełdę.

Pytanie co dalej. Aleksander Grad od Kataru do PZU przeszedł długą drogę. Nie chodzi o to, że on się zmienił. Determinacja ministra i jego chęć – skądinąd słuszna – sprywatyzowania wszystkiego, co ma ślad państwowej własności, jest sprawą znaną. Zmieniły się warunki. Jeszcze rok temu sprzedawanie spółek skarbu za cenę, która byłaby rozsądna, stanowiło zadanie dla samobójcy. Teraz sytuacja zaczęła się rozwijać w dobrym kierunku. Nawet nie chodzi tutaj o PZU, jedną z pereł w koronie państwowych instytucji finansowych, ale o zainteresowanie inwestorów kolejnymi firmami.