RAFAŁ WOŚ: Jak niemiecki opór przed udzieleniem faktycznej pomocy zadłużonej Grecji wpływa na sytuację na rynkach finansowych?

PAUL DE GRAUWE*: Niemcy niepotrzebnie igrają z ogniem. Już po raz trzeci w czasie trwania greckiego kryzysu Unia Europejska ogłasza, że pomoże Atenom, a zaraz potem Berlin, największy dawca ewentualnej pomocy, wycofuje się z tych zapowiedzi lub poddaje je w wątpliwość. W ten sposób Niemcy podcinają gałąź, na której sami siedzą. Wiadomo przecież, że niepokój na rynkach roznieca grecki kryzys.

Skoro więc chcemy uspokoić inwestorów, mówiąc, że nie pozwolimy Grecji upaść, to dlaczego potem któryś z niemieckich polityków mówi, że pomoc nie nadejdzie tak szybko?

Niemiecki rząd argumentuje, że nie chce wysyłać sygnału, który zniechęci Greków, Portugalczyków czy Hiszpanów do konieczności bolesnych reform swojej gospodarki. Niemcy rzeczywiście w ostatnich miesiącach chętnie stawiają się w roli wielkiego wychowawcy Europy. Przypominają Grekom podkręcanie statystyk i życie ponad stan. Tyle że taka moralizatorska postawa nijak się ma do wyzwań bieżącej polityki, które można streścić w jednym zdaniu: strefa euro znalazła się na rozdrożu. Trzeba ratować sytuację, póki nie będzie za późno. Zapłacić muszą najbogatsi, bo na tym polega europejski projekt.

Niemcy pytają jednak: niby dlaczego mamy płacić za Greków?

Po pierwsze dlatego, że fiasko projektu euro odbije się negatywnie na niemieckiej gospodarce. A po drugie Niemcy są krajem, który najbardziej skorzystał na ustanowieniu obszaru wspólnej waluty. Zniesienie barier walutowych pozwoliło niemieckim eksporterom znacząco zwiększyć sprzedaż. Dziwi mnie, że Berlin nie chce uznać tych dwóch prawd. Oznacza to, że nie dorósł do przejęcia odpowiedzialności za powodzenie europejskiego eksperymentu.

*Paul De Grauwe, belgijski ekonomista z uniwersytetu w Leuven, zasiadał w belgijskim parlamencie, należy do zespołu doradców ekonomicznych szefa Komisji Europejskiej Jose Manuela Barroso