Maciej Witucki, kiedy w 2006 roku zaczynał rządzić w TP, lepiej znał się na rachunkach bankowych niż na aparatach telefonicznych.

Wprawdzie z wykształcenia jest inżynierem, ale sam przyznawał, że jego wiedza na temat branży, w której zaczynał działać, była niewielka.

– Muszę się szybko nauczyć, co znaczą te wszystkie skróty: MTR, BSA, WRL – mówił.

Wiedzę o tajemnicach sektora musiał opanować błyskawicznie.

Branża długo zastanawiała się, co skłoniło właścicieli firmy, czyli France Telecom, do zatrudnienia Macieja Wituckiego na stanowisku prezesa największego polskiego telekomu. Czy była to doskonała znajomość języka francuskiego i to, że studiował kiedyś w tym kraju?

Maciej Witucki niewiele na ten temat mówi. Nieoficjalnie można jednak usłyszeć, że o decyzji FT przesądziły jego sukcesy zawodowe. Wprawdzie odnosił je przede wszystkim w branży finansowej, jednak były one na tyle znaczące, że można było bez pudła stwierdzić, że Witucki da sobie radę w każdej spółce. Nawet w tak gigantycznej, jak Telekomunikacja Polska. Jeszcze kilkanaście lat temu była ona porównywana do ministerstwa, które odpowiada za telefonizację całego kraju.

Opinia o telekomie zmieniała się z każdym rokiem, aż w końcu zaczęto o niej mówić jak o normalnej, giełdowej spółce, w której liczy się nie tylko telefonizacja wsi i miasteczek, ale również notowania i akcjonariat.