W kapitalizmie strajk w Stoczni Gdańskiej byłby niemożliwy. Pracodawca wywaliłby prowodyrów na zbity pysk z art. 52 kodeksu pracy (dyscyplinarka) i wezwał prywatnych ochroniarzy, by rozpędzili zbiegowisko. Braki kadrowe uzupełniono by natychmiast przy pomocy tańszych i bardziej dyspozycyjnych pracowników z Ukrainy oraz Białorusi. A jeszcze lepiej z Bangladeszu, Filipin czy Nepalu. O ich dostarczenie na czas i w odpowiedniej liczbie zadbałyby z kolei wyspecjalizowane agencje pracy tymczasowej.

Dlatego w dzisiejszym kapitalizmie do strajków dochodzi rzadko i niemal nigdy nie osiągają one takich rozmiarów jak te, które miały miejsce w Polsce lat 80. Nie dlatego, że ludziom jest tak świetnie. Tylko dlatego, że ich organizacja zostaje zduszona w zarodku, już na początkowym etapie. Do pewnego stopnia podobnie jest z demonstracjami obywatelskimi. Wyjdą czasem ludzie na ulicę, pokrzyczą, zobaczą, że efektów to żadnych nie przynosi, i wrócą do domów. Bo następnego dnia trzeba przecież do roboty. Samo się nie zarobi na czynsz, zakupy i na raty kredytu.

Prezydenci czy premierzy muszą prowadzić taką politykę gospodarczą, jaką dyktuje im wielki biznes. Bo jak nie będą prowadzili, to im ten biznes zastrajkuje. Jak takie akcje mogą wyglądać, przekonali się w ostatniej dekadzie politycy wielu krajów: od Wenezueli po Francję czy Grecję

Jednocześnie świat, w którym żyjemy, jest pełen strajków innego typu. I to strajków morderczo skutecznych. To strajki kapitału. W pewnym sensie dostrzegał to już w „Bogactwie narodów” (1776) Adam Smith, pisząc, że zazwyczaj to „kupcy i przedsiębiorcy są w naszym systemie głównymi architektami (principal architects) polityki gospodarczej”. Półtora wieku później (1932) amerykański filozof John Dewey pisał, że „polityka to cień, jaki rzuca na społeczeństwo wielki biznes”. Zaś po kolejnych ośmiu dekadach (2016) akademicy Kevin Young, Michael Schwartz i Tarun Banerjee tak narzekali, podsumowując nieudolne wysiłki progresywnych reform ekonomicznych podejmowane przez prezydenta Baracka Obamę: władcy (nieważne czy królowie, prezydenci czy premierzy) muszą prowadzić taką politykę gospodarczą, jaką dyktuje im wielki biznes. Bo jak nie będą prowadzili, to im ten biznes zastrajkuje.

Jak takie strajki mogą wyglądać, przekonali się w ostatniej dekadzie politycy wielu krajów: od Wenezueli po Francję czy Grecję. Strajk kapitału przybierać może różne formy. Najbardziej rozbudowaną postać stanowi wstrzymanie inwestycji lub ich odpływ. Im bardziej gospodarka jest sfinansjalizowana, tym łatwiej to zrobić, bo zwinięcie albo wstrzymanie fizycznej inwestycji to jednak koszt. Gdy chodzi o napływ i odpływ kapitału spekulacyjnego, możliwości są niemal nieograniczone. W praktyce bardzo często wystarczy oczywiście sama groźba. Ńw gniewny pomruk rynków finansowych, który zmiótł już niejeden demokratycznie wybrany rząd, który się rynkom z jakichś względów nie podobał. Jeszcze częściej odbywa się to nawet bez „zmiatania”. Rząd dochodzi do władzy, głosząc hasła większej sprawiedliwości społecznej, ale gdy tylko zabiera się do realizacji tych haseł, trafia na taki opór, że się wycofuje. I staje się kolejnym, de facto neoliberalnym rządem, automatycznie odtwarzającym mantrę o konieczności pobudzenia PKB, zanim zaczniemy się dzielić. Tak odstawiono na półki większość prosocjalnych rozwiązań (podatki majątkowe czy dla sektora finansowego, wzmocnienie świata pracy, daniny ekologiczne).

Magazyn z dnia 3 sierpnia 2018

Magazyn z dnia 3 sierpnia 2018

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Jak sobie z tym radzić? Już w latach 30. XX wieku (a więc przy okazji poprzedniego kryzysu) udzielono wielu dobrych wskazówek. Wspomniany John Dewey pisał, że trzeba podważyć kontrolę biznesu nad inwestycjami. Tak by była ona bardziej rozproszona. Ha, łatwo powiedzieć. Idealnie byłoby osiągnąć to poprzez mieszankę polityki antymonopolowej ze spółdzielczością i kooperatywizmem. Ale to plan żmudny i powolny. Szybsze skutki przynieść może zwiększenie roli państwa. Pamiętajmy jednak, że ten krok (prawdopodobnie nieuchronny) nie wystarczy. Powinno za nim iść zwiększenie demokratycznej kontroli nad państwowymi inwestycjami. Więcej demokracji. Nawet kosztem szybkości podejmowania decyzji i efektywności zarządzania. Musi się tak stać po to, by nie skończyło się to jedynie wydłużeniem cienia, do którego porównywał politykę John Dewey. Słowem, żeby nie było jak w państwach faszystowskich. Ani nawet w autorytarnych.