Zbytni pośpiech, brak dialogu i niezrozumienie tematu – to najcięższe grzechy wytykane Ministerstwu Środowiska przez firmy zajmujące się gospodarką odpadami. A to one znalazły się ostatnio pod pręgierzem krytyki po fali pożarów magazynów i składowisk, gdy rządzący ukuli hasło „zero tolerancji dla mafii śmieciowej”.

– Do jednego worka wrzucono wtedy wszystkie pożary z ostatnich tygodni, przedstawiając je jako przejawy patologii systemu zdominowanego przez przestępców, którzy sprowadzają do Polski tony śmieci z zagranicy i palą je dla zysku. Cierpi na tym wizerunek całej branży – twierdzi Tomasz Uciński, prezes Krajowej Izby Gospodarki Odpadami.

Ugasić śmieciowy kryzys mają teraz dwie ustawy: o odpadach i o Inspekcji Ochrony Środowiska. Projekty przygotowano w ciągu dwóch tygodni po głośnych zapowiedziach ministra środowiska Henryka Kowalczyka. Rządzący nie zwalniają tempa. W piątek oba dokumenty trafiły do Sejmu. Ich pierwsze czytanie zaplanowano na jutro.

Przedstawione w nich zmiany mogą być dla wielu przedsiębiorców istną rewolucją. W zakładach zagospodarowania odpadów pojawić ma się obowiązkowy monitoring. Skrócony zostanie – z trzech lat do roku – dopuszczalny okres magazynowania śmieci, po którym przedsiębiorca powinien poddać je recyklingowi, a resztki skierować na składowisko.

W założeniu ma to zdyscyplinować podmioty, by nie zwlekały z przetwarzaniem, czekając np. na lepszą koniunkturę na rynku surowców wtórnych, tylko przerabiały je systematycznie.

Ponadto firmy będą musiały stać się właścicielami terenów, na których prowadzą działalność. Będą mogły przetrzymywać na nich o połowę mniej odpadów niż obecnie. Większym kontrolom poddany ma też być transport, zaś inspektorzy ochrony środowiska wyposażeni zostaną w szersze kompetencje. Wszystko po to, by zatrzymać strumień śmieci napływający do nas zza granicy.

W ogniu krytyki

Wiele z tych rozwiązań spotkało się z dezaprobatą. Wątpliwości budzi m.in. ograniczenie możliwości magazynowania odpadów do połowy całkowitej pojemności instalacji. Jak przekonują eksperci, wcale nie zmniejszy to zagrożenia pożarowego, a dla firm będzie oznaczało tylko wzrost kosztów.

– Limity dotyczące magazynowania odpadów mogą generować nieuzasadnione koszty, bo nieruchomości, na których prowadzona jest gospodarka odpadami, będą mogły być wykorzystywane tylko w 50 proc. Tymczasem ponoszone koszty ich nabycia, utrzymania i wyposażenia będą się odnosiły do całości powierzchni – zwraca uwagę Dominik Gajewski, radca prawny, ekspert Konfederacji Lewiatan.

Protestuje też m.in. branża AGD. Ich wątpliwości budzi wymóg własności terenu do zbierania odpadów.

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

W ocenie Związku Pracodawców AGD APPLiA przepis ten mija się z celem, bo uniemożliwi zbieranie elektroodpadów (np. świetlówek, baterii) podmiotom wynajmującym lokal lub z prawem użytkowania wieczystego. Wykluczone byłyby więc np. sklepy RTV i AGD. A to właśnie na działalności podmiotów, wynajmujących powierzchnie takich jak sieci handlowe czy punkty serwisowe, opiera się dziś system zbierania zużytego sprzętu elektronicznego i elektrycznego – przekonują.

– To może doprowadzić do sytuacji, w której Polska stanie przed realnym problemem niezrealizowania unijnych poziomów recyklingu – przekonuje Wojciech Konecki, dyrektor generalny związku APPLiA.

Obawy te podzielają też eksperci z Rady RIPOK (regionalne instalacje przetwarzania odpadów komunalnych – red.). – Obowiązek bycia właścicielem terenu magazynowania odpadów niebezpiecznych doprowadzi do likwidacji większości punktów selektywnej zbiórki odpadów komunalnych lub do zaprzestania zbierania w nich odpadów niebezpiecznych, jakimi są np. niektóre zużyte sprzęty elektroniczne – przekonuje Piotr Szewczyk, przewodniczący Rady RIPOK.

Wątpliwości dotyczą choćby zapisu o wprowadzeniu kar za wspólny transport odpadów niebezpiecznych z innymi. Pod pierwszą kategorię „podpięto” lodówki i telewizory, zaś pralki i piekarniki sklasyfikowano w drugiej. – W konsekwencji może to doprowadzić do poważnych utrudnień w zbieraniu zużytego sprzętu elektrycznego i elektronicznego – twierdzi Wojciech Konecki, dyrektor generalny APPLiA.

Wylewanie dziecka z kąpielą

Ale to nie wszystko. Nowelizacja wprowadza też zmiany do ustawy o międzynarodowym przemieszczaniu odpadów (t.j. Dz.U. z 2018 r. poz. 296), polegające na wprowadzeniu zakazu przywozu na teren kraju odpadów w celu unieszkodliwiania w procesach określonych jako D1 do D15 w załączniku do dyrektywy 2008/98/WE.

Wśród nich obok najbardziej prymitywnej formy w postaci składowania na wysypiskach jest też specjalistyczne unieszkodliwianie termiczne. „Nie ma merytorycznych podstaw, dla których krajowe spalarnie odpadów miałyby optymalizować koszty funkcjonowania przez spalanie odpadów z zagranicy (w tym odpady pochodzące nawet z innych kontynentów, co jest bardzo źle odbierane przez opinię publiczną)” – czytamy w uzasadnieniu ustawy.

Tymczasem wprowadzenie z dnia na dzień administracyjnego zakazu wwozu takich odpadów spowoduje, że wyspecjalizowane firmy transportowe, które wykonują tego typu przewozy na podstawie długoterminowych kontraktów, będą musiały płacić kary umowne, a krajowe spalarnie mogą mieć problem z efektywnym wykorzystaniem swoich mocy przerobowych.

– Wydaje się, że w Polsce byłaby wystarczająca ilość odpadów, która mogłaby zapełnić moce przerobowe spalarni. Jednak tu nie chodzi o dostępność odpadów, lecz wolę ich wytwórców co do sposobu ich unieszkodliwiania – tłumaczy Barbara Farmas z firmy Sarpi. Jej zdaniem administracyjne zamknięcie granic może pozbawić spalarnie surowców do przekształcania, ale nie spowoduje automatycznie, że krajowi producenci odpadów nagle zaczną unieszkodliwiać je w spalarniach.

– Do takich instalacji jak nasza powinny trafiać odpady, których nie powinno się przekształcać w inny sposób, natomiast niestety cały czas obowiązuje zasada najniższej ceny. I choć skomplikowana instalacja z sześcioma stopniami oczyszczania spalin gwarantuje pełne bezpieczeństwo procesu, to niestety zawsze będzie to droższe niż inne metody – dodaje ekspertka.

Wprowadzenie takiego zakazu dziwi tym bardziej, że przy imporcie odpadów niebezpiecznych nie występują patologie takie jak przy pozostałych śmieciach, które wwozi się wyłącznie na podstawie zgłoszenia. Natomiast odpady niebezpieczne mogą trafić do Polski tylko na podstawie decyzji Głównego Inspektoratu Ochrony Środowiska, po zgodzie odpowiedniego urzędu z kraju wysyłki oraz odpowiednich instytucji z krajów tranzytowych. Poza tym takie transporty są zabezpieczone ubezpieczeniem i obligatoryjną gwarancją bankową.

Co więcej – wykonując taki przewóz, kierowca nie może bez zezwolenia zmienić uprzednio wyznaczonej trasy, co jest obwarowane ogromnymi karami. Zdaniem ekspertów wprowadzenie zakazu importu odpadów w celu unieszkodliwiania specjalistycznymi metodami (od D1 do D15) będzie klasycznym wylaniem dziecka z kąpielą.

– Firmy, które zainwestowały ogromne pieniądze w odpowiedni tabor i poniosły duże koszty związane z uzyskiwaniem licznych zezwoleń, zostaną teraz na lodzie – przyznaje właściciel jednej z firm transportowych zajmujących się przewozem odpadów niebezpiecznych.

Pośpiech i brak diagnozy

Ministerstwo Środowiska nie kryje, że zależy mu na czasie, i chce, by przepisy mogły jak najszybciej wejść w życie. Jak jednak zwracają uwagę przedsiębiorcy, przy takim tempie procedowania nie sposób było uniknąć błędów, a pisanie prawa na kolanie może przynieść więcej szkód niż pożytku.

Pośpiech to jedno. Brak odpowiedniej diagnozy to drugie. Eksperci i branża zarzucają ministerstwu, że nie zadało sobie trudu, by dokładnie przealizować, jakie konkretnie odpady się paliły, skąd pochodziły i kto nimi gospodarował.

– Do tej pory nie sporządzono żadnej analizy pożarów według podstawowych kryteriów, jakimi są: rodzaj spalonych odpadów, cel ich gromadzenia, źródło ich pochodzenia i podmioty je gromadzące – mówi Piotr Szewczyk, przewodniczący Rady RIPOK.

Etap legislacyjny

Projekt przed pierwszym czytaniem