– To jest Janusz, proteza ręki – Magdalena Zaras pokazuje kolorowy, lekki model dłoni. Sama go zaprojektowała i wydrukowała, po tym jak przeszła kurs w FabLab powered by Orange. – Oczywiście to tylko prototyp i żeby taka proteza była naprawdę sprawna, trzeba jeszcze sporo pracy – dodaje.

Zwraca przy tym uwagę, że specjalistyczne protezy dłoni kosztują ok. 30 tys. zł, a te stworzone w druku 3D około sto razy mniej.

– Ewidentnie na rynku jest luka, którą warto przy użyciu tej technologii zagospodarować. To jest szczególnie istotne dla rodziców dzieci pozbawionych tej części ciała. Wymiana protezy jest u nich konieczna co 12–18 miesięcy – mówi Magdalena Zaras.

To, czym się zajmuje, czyli modelowanie przestrzenne i obsługiwanie druku 3D, choć jest umiejętnością wciąż jeszcze bardzo niszową, zainteresowało Ministerstwo Cyfryzacji. Lubelska Fundacja VCC zaproponowała, by „programowanie i obsługiwanie procesu druku 3D” wpisać do Zintegrowanego Systemu Kwalifikacji. ZSK to obowiązujący od dwóch lat spis wszystkich zawodowych kwalifikacji, które można w Polsce zdobyć. Powstał, by istniała możliwość potwierdzania kompetencji uzyskanych w trakcie pracy zawodowej.

– Dostajemy sygnały z rynku pracy, że przydałoby się jasne opisanie kompetencji takich pracowników. Oczywiście rynek druku 3D jest dosyć nowy i wiele tu się jeszcze zmienia, ale także dlatego potrzebne są wytyczne, jakich kompetencji wymaga się od specjalistów na nim pracujących – mówi nam Radosław Panas, prezes Fundacji VCC.

Jeżeli kompetencje te zostaną uznane za warte urzędowej regulacji, eksperci od druku 3D będą mogli starać się o certyfikaty potwierdzające ich umiejętności. Z kolei certyfikaty pozwolą pracodawcom ocenić, czy są dokładnie takimi pracownikami, jakich szukają.

W Fundacji VCC mają nadzieję, że jeśli programiści druku 3D trafią do ZSK, to będzie jednym z podmiotów wydających certyfikaty. – Ale nie my jedyni. ZSK zakłada, że takich certyfikatorów może być więcej. Wszystko będzie zależało od rynkowych potrzeb – dodaje Panas.

A te mogą być niedługo spore. W 2017 r., jak szacuje Context World, czyli firma analityczna zajmująca się rynkiem IT, całkowita sprzedaż drukarek 3D w stosunku do 2016 r. wzrosła o niemal 40 proc. W kolejnych pięciu latach rynek ten może rosnąć o ok. 42 proc. rocznie, tak by w 2020 r. przekroczyć 22 mld dol. Na razie 96 proc. rynku stanowią produkty raczej hobbystyczne.

I właśnie w takich urządzeniach specjalizują się polskie firmy. Był nawet taki moment, mniej więcej rok temu, gdy pod względem wolumenu sprzedaży miały one blisko 10 proc. światowego rynku. Ostatnio jednak wyhamowały. – Owszem rynek druku 3D jest rozwojowy, ale w przypadku Polski ten rozwój nie jest aż tak szybki, jak na to liczyliśmy kilka lat temu. Jeżeli chodzi o produkcję, to w segmencie drukarek desktopowych jednej firmie udało się wypracować niezłą pozycję eksportera. Reszta graczy ma problemy z przebiciem się ze względu na brak wystarczająco dużego kapitału – studzi nadzieje Robert Kauf, manager Deloitte.

Nie oznacza to, że nie ma u nas potencjału na rozwój tej technologii.

– Edukacyjne i hobbystyczne wykorzystanie druku 3D jest już zauważalne, słabiej jest na rynku komercyjnym. Słabiej głównie ze względu na wciąż nie za dużą świadomość możliwości wykorzystania tych technologii. I właśnie w budowaniu wiedzy, wskazywaniu konkretnych produktów, korzyści, jakie druk 3D niesie, jest szansa na to, by nasz rynek zaczął pod tym względem gonić Zachód – dodaje Kauf.