Zgodnie z nowymi regulacjami niemieckie ministerstwo gospodarki będzie mogło dłużej przyglądać się transakcjom obejmującym przedsiębiorstwa zaangażowane w „krytyczną infrastrukturę”. Urzędnicy będą mieli cztery miesiące – zamiast dwóch – na ocenę, czy przejęcie nie narusza bezpieczeństwa narodowego. Nowe prawo rozszerza listę firm, które podpadną pod ministerialny nadzór. Dotychczas resort mógł zablokować transakcję, jeśli chodziło o podmioty z przemysłu obronnego lub tworzące systemy informatyczne do obrotu tajnymi dokumentami. Teraz będzie także można wstrzymać przejęcia firm, które produkują oprogramowanie dla elektrowni, wodociągów, szpitali, systemów płatniczych i transportowych.

Nowe prawo jest odpowiedzią na serię przejęć niemieckich firm przez chiński kapitał. W ub.r. biznes z Państwa Środka przejął m.in. część oświetleniowego potentata Osram oraz firmę produkującą maszyny do wytwarzania przedmiotów z tworzyw sztucznych KraussMaffei. Największe kontrowersje wzbudził zakup producenta robotów przemysłowych, firmy KUKA, przez Mideę, chińskiego wytwórcę sprzętu AGD. Niemiecki rząd zaczął poszukiwać alternatywnego kupca z Europy, licząc m.in. na koncern ABB. Ale nikt nie był w stanie przebić oferty Midei i KUKA trafiła w chińskie ręce.

Niechęć do zagranicznych przejęć panuje też w Wielkiej Brytanii, gdzie fatalnie przyjęto informację o objęciu kontroli przez japoński SoftBank nad ARM Holdings, firmą projektującą procesory mobilne, które można znaleźć w każdym telefonie komórkowym. Jeden z założycieli firmy, Hermann Hauser, skrytykował wartą 24 mld funtów (114 mld zł) transakcję, nazywając ARM ostatnią liczącą się na świecie firmą technologiczną z Wielkiej Brytanii.

Berlinowi udało się na początku roku namówić Paryż i Rzym do stworzenia wspólnego apelu do Komisji Europejskiej, aby rozważyła stworzenie regulacji, które pomogłyby w blokowaniu transakcji obejmujących cenne przedsiębiorstwa. Pomysł znalazł się w jednym (dotyczącym globalizacji) z pięciu dokumentów do dyskusji, jakie KE publikowała celem rozruszania debaty o przyszłości UE. Na razie Bruksela nie rozważa stworzenia dyrektywy w tym względzie.

Europejskie rządy mogą chcieć pójść w ślady USA, gdzie kwestia zagranicznych przejęć i obawa przed transferem cennych technologii traktowane są bardzo poważnie. Takie transakcje po drugiej stronie Atlantyku są przedmiotem obrad komitetu ds. inwestycji zagranicznych, w skład którego wchodzą przedstawiciele 16 ministerstw i agencji federalnych. W ub.r. komitet zablokował sprzedaż chińskim inwestorom oświetleniowej części koncernu Philips, nie chcąc, aby do Państwa Środka trafiły technologie związane z produkcją, obróbką i zastosowaniami azotku galu, wykorzystywanego m.in. do produkcji niebieskiego lasera i wytrzymałej elektroniki (komponenty galu trafiły do m.in. myśliwca najnowszej generacji F-35). Sama perspektywa trafienia pod obrady komitetu sprawiła, że Chińczycy wycofali się z wartej 23 mld dol. (85 mld zł) transakcji przejęcia firmy Micron, producenta pamięci do komputerów.

W Polsce od dwóch lat obowiązuje ustawa umożliwiająca kontrolę nad zmianami własnościowymi w spółkach kluczowych dla gospodarki 14 branż, m.in. energetycznej, paliwowej, surowcowej i telekomunikacyjnej. Listę firm strategicznych określa prezes Rady Ministrów w drodze rozporządzenia. Ostatnie premier Beata Szydło wydała w grudniu ub.r., wymieniając w nim siedem spółek: Azoty, Tauron, EDF Polska, Engie Polska, PKP Energetyka, Tauron i PKN Orlen.

Inwestor, który chce nabyć w którejś z tych firm udziały lub akcje dające przynajmniej 20 proc. liczby głosów, musi wystąpić o zgodę. Rząd już raz skorzystał z tego prawa, gdy w ub.r. francuski EDF próbował sprzedać swoje polskie aktywa inwestorom z Czech i Australii. Transakcję zablokował resort energii, a nabywcą został ostatecznie kontrolowany przez państwo PGE. Niektóre firmy kontrolowane przez państwo mają w swoich statutach zapisy ograniczające prawo głosu innym niż Skarb Państwa akcjonariuszom – tak jest na przykład w grupie Azoty, największej krajowej firmie chemicznej.