Lubimy podkreślać, że Polska jest jednym z niewielu członków Paktu Północnoatlantyckiego, który realizuje zobowiązanie co do minimalnego poziomu wydatków na obronność, ustalonego na szczycie NATO w 2014 r. na poziomie 2 proc. produktu krajowego brutto. W praktyce resort obrony narodowej rocznie dysponuje budżetem w wysokości 40 mld zł. To prawie dwa razy więcej niż roczny koszt funkcjonowania programu „Rodzina 500 plus”.

Niestety, środki te nie przedkładają się jak na razie na tempo modernizacji polskiej armii. Opracowany jeszcze za poprzedniego rządu program działań w tej materii przewidywał przeznaczenie na zakup nowoczesnego uzbrojenia 130 mld zł. Z zakończonego niedawno przez obecną administrację przeglądu strategicznego wynika, że będzie to jednak kwota bliższa 70 mld zł, co i tak oznacza wydatki na nowy sprzęt w wysokości 5 mld zł rocznie. Jak duża jest to kwota, niech świadczy fakt, że w ciągu kilku ostatnich lat MON przez wzgląd na niezrealizowane programy zakupowe zwracał resortowi finansów zabudżetowane na ten cel środki.

W związku z tym debata na temat tego, jak modernizować polską armię, jest wciąż aktualna i daleka od zakończenia. Temu problemowi poświęcony był również jeden z paneli dyskusyjnych zorganizowanych w ramach tegorocznego Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach.

Każdy program modernizacji armii wymaga odpowiedzi na kilka podstawowych pytań. Jak zwrócił uwagę Krzysztof Krystowski, wiceprezes koncernu Leonardo Helicopters, właściciela PZL Świdnik, jedno z nich jest następujące – czy unowocześniać armię w miarę równomiernie, czy też skupić się na modernizacji tylko wybranych typów uzbrojenia. – Biorąc pod uwagę odsetek nowoczesnego sprzętu na wyposażeniu polskiej armii opowiadałbym się za pierwszym rozwiązaniem. Jeśli skupimy się tylko na wybranych obszarach, nie wpłynie to w znaczący sposób na zmianę tego wskaźnika – stwierdził prezes. Na chwilę obecną, jeśli wziąć pod uwagę standardy NATO, odsetek nowoczesnego sprzętu w polskiej armii, wynosi 30 proc., wobec 60 proc. przyjmowanych za standard w Sojuszu.

Drugą kwestią jest pytanie o źródło dostaw sprzętu, czyli stosunek uzbrojenia kupowanego za granicą do zamawianego u rodzimych dostawców. Krystowski przypomniał raport Europejskiej Agencji Obrony sprzed kilku lat, który zawierał listę państw członkowskich uszeregowanych podług odsetka uzbrojenia kupowanego za granicą w stosunku do rodzimego. – Byliśmy na drugim miejscu w dziedzinie importu uzbrojenia, tuż za Portugalią, która tego uzbrojenia nie produkuje, pomimo tego, że jesteśmy krajem z największą branżą zbrojeniową w regionie – mówił Krzysztof Krystowski, dodając, że na końcu listy (z największym odsetkiem uzbrojenia zamawianego w rodzimych przedsiębiorstwach) znajdowały się Francja i Niemcy, kraje najgłośniej opowiadające się za liberalizacją rynku zamówień wojskowych.

Osobną kwestią w debacie nad modernizacją polskiej armii jest skomplikowanie i zawiłość procedur zakupowych. Jako przykład może służyć przetarg na śmigłowiec wielozadaniowy dla polskiej armii. Pomimo że założenia do niego zaczęto tworzyć w resorcie obrony jeszcze w 2008 r., ruszył on dopiero cztery lata później. Potem było jeszcze gorzej – kiedy wreszcie Ministerstwo Obrony Narodowej zdecydowało się na wybór oferty, samo przekazywanie dokumentacji do resortu rozwoju celem rozpoczęcia rozmów offsetowych zajęło pół roku. W trakcie przetargu same założenia zmieniały się kilkanaście razy. Jak zwrócił uwagę Krystowski, procedury są tak skomplikowane, że zmuszają zarówno organizatorów przetargów, jak i startujące w nich podmioty do obchodzenia prawa. W opracowaniu z ub.r. eksperci think tanku Warsaw Enterprise Institute zaproponowali przeniesienie kompetencji zakupowych dla wojska do specjalnej, zewnętrznej agencji.

– Odczytywałbym taki postulat raczej jako sugestię wzmocnienia kadrowego służb, które zajmują się przetargami. Nadanie im szaty agencji uzbrojenia to drugorzędna kwestia. Przykładem zawiłości proceduralnych jest chociażby decyzja nr 376 wydana przez resort obrony, która w istocie powiela procedury z prawa zamówień publicznych. Do czego ona służy, skoro już istnieje stosowny akt prawny regulujący te kwestie? Jakby tego było mało, na to wszystko nakładają się regulacje unijne, we wdrażaniu których staramy się często być bardziej święci od papieża – mówił Tomasz Darowski zajmujący się sprawami infrastruktury i energetyki w kancelarii Domański, Zakrzewski, Palinka.

Modernizacja polskiej armii cierpi nie tylko z powodu zbyt skomplikowanych procedur. Problem polega również na tym, że te skomplikowane procedury często nie przekładają się na efekt w postaci pożądanego uzbrojenia. – Dlatego dla nas najważniejsze są informacje bezpośrednio od żołnierzy – czego oni właściwie potrzebują. Tak było w przypadku żołnierzy Obrony Terytorialnej – chcieliśmy im zaoferować jeden z naszych typów uzbrojenia, ale oni powiedzieli, że z ich punktu widzenia znacznie bardziej przyszłościowy i praktyczny jest karabinek MSBS – powiedział Adam Lesiński, członek zarządu Polskiej Grupy Zbrojeniowej SA.

– Problem z polityką zakupową polega również na tym, że państwo przez długi czas nie może się zdecydować, czego chce – a potem dochodzi do wniosku, że dany sprzęt jest potrzebny natychmiast i w związku z tym zakup trzeba zrealizować za granicą, bo polska zbrojeniówka czegoś takiego nie wyprodukuje – wskazywał Krzysztof Krystowski. Przedstawiciel PZL Świdnik wspomniał również, że wiele lat rząd traktował zakupy w polskiej zbrojeniówce jako kroplówkę i przykrą konieczność, a nie jako świadomy wybór dobrego, polskiego produktu. – Jednocześnie nie dawano szansy na to, żeby taki produkt powstał. To się zmienia dopiero teraz, wraz z pojawieniem się podejścia: nie mają teraz w ofercie najnowocześniejszego produktu, ale jeśli kupimy od nich to, co mają, to damy im szansę, żeby za pięć lat taki najnowocześniejszy produkt powstał – mówił.

W kontekście odbywającego się właśnie przetargu na śmigłowiec dla wojsk specjalnych Krzysztof Krystowski przypomniał, że zakłady w Świdniku stanęły do niego ze sprawdzonym na całym świecie śmigłowcem AW101.

PARTNER