statystyki

Wydatki na innowacje, czyli kto zmarnował miliardy

autor: Sebastian Stodolak24.02.2017, 07:18; Aktualizacja: 24.02.2017, 08:56
kasa, monety, pieniądze, finanse

Państwo jest przekonane, że nie może zbankrutować (w najgorszym razie nie spłaci długów), ma więc nieskończony apetyt na ryzyko.źródło: ShutterStock

Państwowe wydatki na naukę oraz badania i rozwój nie przekładają się na wzrost gospodarczy. Są szkodliwym marnotrawstwem.

Reklama


Nie martw się, jeśli w to wierzysz. Przecież wszyscy dokoła powtarzają, że nauka to dobro publiczne, które wymaga państwowego finansowania. Ekonomiści (lewicowi i prawicowi) tłumaczą to tak: wzrost gospodarczy jest wynikiem zmian technologicznych, a tych by nie było, gdyby nie naukowcy. Jednak rynek, a właściwie prywatne firmy bardzo rzadko przejawiają chęć sfinansowania badań. Bo są drogie, trwają długo i nie ma pewności, że zakończą się sukcesem. Firmy wolą być więc kopistami już gotowych rozwiązań niż innowatorami. To dlatego, przekonują eksperci, powinno interweniować państwo – finansując uczelnie oraz badania, dokładając się do projektów inicjowanych przez podmioty prywatne i mądrze zarządzając patentami. Wówczas rozwój gospodarczy przyśpieszy.

Jeszcze dalej idzie prof. Mariana Mazzucato, ekonomistka z University of Sussex, w słynnej książce „Przedsiębiorcze państwo”. Jej zdaniem to właśnie państwu, a nie prywatnym przedsiębiorcom zawdzięczamy najważniejsze współczesne wynalazki, z poduszką powietrzną i internetem włącznie. W jej wizji rządowe innowacje są pierwotne, innowacje sektora prywatnego wtórne.

Myślenie a la Mazzucato głęboko przenika elity rządzące. Czy rzeczywiście im więcej rządu w nauce i sektorach innowacyjnych, tym lepiej? Nie. To mit.

Był sobie leseferyzm

Wyłożył to przekonująco prof. Terence Kealey, doktor biochemii zajmujący się ekonomią nauki na University of Buckingham, w wydanej w 1996 r. książce „Ekonomiczne prawa badań naukowych”. Kealey zwraca uwagę na brak przekonujących dowodów na to, że państwowo sponsorowana nauka bardziej niż sam rynek przyczynia się do postępu technologicznego. W napisanym 17 lat później (w roku publikacji „Przedsiębiorczego państwa”) artykule ekonomista wzmacnia tezę: nie istnieją dowody na to nawet, że badania naukowe potrzebują jakiegokolwiek finansowego wsparcia państwa.

Liczne studia przypadków prezentowane przez Mazzucato Kealey kwalifikuje jako niewiele warte anegdoty. Dla niego liczą się długookresowe statystyki i korelacje, a nie efekciarskie historyjki. A tu w ekonomicznej literaturze trafiamy na próżnię. To dlatego, że zdaniem Kealeya aktorzy sztuki pt. „Rząd a nauka” – od ekonomistów przez akademików po wielki biznes – bez namysłu, niejako z automatu przyjmują tezę o dobroczynnym wpływie państwa na technologię i wzrost, nie trudząc się o metodologicznie poprawne uzasadnienie.

Musieliby wówczas na przykład wyjaśnić rozwój gospodarczy XIX-wiecznej Anglii, w którym państwo nie miało zbyt dużego udziału. „W erze rewolucji przemysłowej wydała ona na świat naukowych i technologicznych tytanów, od Faradaya, przez Kelvina do Darwina, a przecież w nauce panował wówczas leseferyzm, poziom rządowego wsparcia dla nauki był ledwo zauważalny” – zauważa Kealey. Podobnie rzecz miała się ze Stanami Zjednoczonymi. „W USA, które objęły gospodarcze przywództwo w świecie w XX w., jeszcze w 1940 r. całkowity budżet na badania i rozwój wynosił 346 mln dol., z czego aż 265 mln stanowiły środki prywatne. Także Stany Zjednoczone wyhodowały swoich Edisonów, Wrightów, Bellów i Teslów w warunkach naukowego leseferyzmu. W tym samym czasie Niemcy i Francja mocno inwestowały w naukę i chociaż miały na tym polu spore osiągnięcia, gospodarczo ustępowały zarówno USA, jak i Wielkiej Brytanii” – analizuje ekonomista. Odkrycia naukowe w warunkach leseferyzmu przekładały się na wzrost gospodarczy częściej i w większym stopniu niż w warunkach państwowego finansowania. Nauka była nauką dla rynku, a nie sztuką dla sztuki.


Pozostało jeszcze 74% treści

Czytaj wszystkie artykuły
Miesiąc 97,90 zł
Zamów abonament

Mam już kod SMS
Więcej na ten temat

Reklama


Polecane

Komentarze (5)

  • Jarosław Tworóg(2017-02-24 10:43) Zgłoś naruszenie 58

    Przed napisaniem takiego artykułu warto byłoby sobie zadać następujące pytanie. Jaki z wielkich wynalazków ostatnich 100 lat powstał bez dominującego udziału Państwa. Jakie środki zostały włożone w rzeczywistą realizację idei produktów rodem z XIX wieku (samochód, samolot, telefon) włożyły Państwa, a jakie biznes. Bomba atomowa, tranzystor, układ scalony, komputer, płaski ekran, cały fundament matematyczny współczesnych technik informacyjnych, sztuczna inteligencja, wydobywanie węglowodorów z łupków? Co? We wszystkich tych przypadkach główne i najdroższe etapy sfinansowały Państwa i to głównie duże. Trzeba rozróżniać pomysły na wynalazki i realne, działające wynalazki. To się nie zmieni, bo wynika z samej istoty innowacyjności, skali nakładów i dystrybucji korzyści. Samodzielnego opracowania wynalazków unikają nawet giganci. Wystarczy zobaczyć, w jakim stopniu posiłkują się zamówieniami publicznymi. To też jest finansowanie innowacyjności.

    Pokaż odpowiedzi (2)Odpowiedz
  • nostradamus(2017-02-24 12:55) Zgłoś naruszenie 21

    to już dawno wiadomo że to zmarnowana kas . lepiej było by dać te pieniądze małym firma i powiedzieć że musza oddać za 15 bez odsetek i prowizji. i to dopiero byłby wzrost PKB

    Odpowiedz
  • Waldemar Korczyński(2017-03-09 14:50) Zgłoś naruszenie 01

    Nie wiem w oparciu o jakie dane powstał artykuł i wspomniana w nim publikacja. Prawdopodobnie chodzi o ŁĄCZNE nakłady na CAŁĄ tzw innowacyjność. Ale takie rachunki, to zwykła lipa, bo tzw. sprawność nauki liczona jako procent REALNIE użytecznych rozwiązań jest bardzo niska. W moim odczuciu pewien obraz dać by mógł jakiś "remanent" osiągnięć nauki i inżynierii podający jasno co kto w tej dziedzinie konkretnie ODKRYŁ, WYNALAZŁ, ULEPSZYŁ itp. . Ale tym nikt nie jest zainteresowany, bo prowadziłoby to np. do w miarę rzetelnego rozliczania rozmaitych grantów, programów badawczych i podobnych forsożerców. To tak, jak gdyby ktoś nagle załatał dziurę w płocie, przez którą złodziejaszkowie kury podkradają Żaden złodziej tego nie pochwali, o poparciu nawet nie wspominając. Zapomnijmy więc o jakiejkolwiek nadziei na poprawę.

    Odpowiedz

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Redakcja poleca

Prawo na co dzień

Polecane

Reklama