Jak przemysł, a zwłaszcza energochłonny, ocenia sytuację na rynku energii elektrycznej w Polsce?

- W Polsce nie ma rynku energii, bo zrobiliśmy najgorszą rzecz, jaką sobie można wyobrazić z punktu widzenia odbiorców energii, a mianowicie konsolidację energetyki, która oznaczała powstanie monopolu. Jedyną grupą energetyczną, która posiada nadwyżki energii, jest Polska Grupa Energetyczna, a jej przewagi nie ma jak zrównoważyć, bo do konsolidacji doszło w sytuacji, gdy z braku transgranicznych połączeń energetycznych nie można energii kupić spoza Polski, a w szczególności z Ukrainy czy Białorusi, gdzie ta energia jest dużo tańsza i występują jej nadwyżki. Ilość i przepustowość istniejących sieci transgranicznych ogranicza możliwości importu energii z południa, zachodu i północy, a na wschodzie, gdzie energia jest tańsza, mamy od lat nieczynną większość połączeń. W takich warunkach do konsolidacji energetyki nie powinno dojść, ale doszło i ceny rosną w sposób niepohamowany. Jesteśmy piątym odbiorcą przemysłowym energii w Polsce, a otrzymujemy na przyszły rok propozycje podwyżek cen energii o 50-56 proc.

Grupa wytrzymałaby taką 50-proc. podwyżkę energii? Macie technologiczne możliwości niwelacji wpływu wzrostu cen energii na ceny produktów?

- W przypadku aluminium najbardziej kosztowna jest elektroliza, czyli produkcja pierwotnego aluminium. Zmiana czy korekta technologii nie jest w stanie zrównoważyć tak wielkich wzrostów kosztów energii. Sytuacja jest niewątpliwie trudna, bo w produkcji aluminium koszty energii to około 20 proc. kosztów produkcji, których wzrost w tym wypadku jest trudno przenosić na odbiorców, czyli głównie przemysł motoryzacyjny, lotniczy, kablowy i budowlany już dotknięte osłabieniem rynku. Przyszły rok powinniśmy jeszcze wytrzymać, ale najpóźniej w ciągu 1,5 roku musimy zdecydować się na ograniczenie w Polsce produkcji pierwotnego aluminium, co oznaczałoby częściową alokację produkcji poza granice Polski i Unii Europejskiej. Nieco łatwiej może być producentom stali, bo tam udział energii w kosztach produkcji to 7-10 proc., ale i tam 50-proc. podwyżka cen energii to 3-4-proc. spadek marży na produkcie finalnym. To bardzo dużo, proszę wierzyć.

Tempo wzrostu cen energii w Polsce to także rezultat polityki KE, bo ochrona środowiska kosztuje coraz więcej i czy ceny energii to nie jest już problem przemysłu całej Unii?

- Moim zdaniem jest i jeśli politycy UE nadal będą brnąć w tworzenie wyidealizowanej Europy innowacyjnych technologii, nie zwracając uwagi na utratę miejsc pracy w przemysłach tradycyjnych, i nakładać na energetykę, a więc ostatecznie na odbiorców, coraz większe koszty ochrony środowiska, to europejski przemysł produkcji stali i metali kolorowych może tej próby nie wytrzymać. Nie podjęliśmy decyzji o wyprowadzce z Polski, ale asekurujemy się i sprawdzamy możliwości inwestowania w Afryce i Ameryce Południowej. Podobnie reagują inne firmy metalurgiczne działające w Europie, bo jeśli energetyka miałaby po 2012 roku obowiązek kupowania na aukcjach 100 proc. uprawnień do emisji CO2, to odbiorcy tego nie wytrzymają, firmy produkcyjne położone w Europie staną się niekonkurencyjne wobec produkcji realizowanej w Indiach czy Chinach. Deutsche Bank prognozuje, że po 2012 roku cena uprawnienia do emisji 1 tony CO2 może dojść do 118 euro, a to oznacza dla Polski całkowite zlikwidowanie wielu gałęzi polskiego przemysłu (tych bardziej energochłonnych), np. hutnictwa miedzi, aluminium, cynku i innych metali kolorowych, hutnictwa stali szlachetnych i żelazostopów. Część tych branż przeniesie się poza obszar UE, część zostanie po prostu zlikwidowana.

Czy poza zmianą unijnej polityki ochrony środowiska widzi pan inne możliwości zatrzymania przemysłu metali kolorowych w Polsce, czy w Unii w ogóle?

- W Polsce zmian można by się spodziewać po stworzeniu prywatnemu kapitałowi możliwości budowy i eksploatacji połączeń energetycznych z Ukrainą, Białorusią czy Rosją, bo tam energia jest, i to tańsza. Dzisiaj ten obszar to domena państwa, a w praktyce przesyłowy monopol, który nakłada się na monopol w produkcji. Innego niż import energii ze wschodu rozwiązania poprawiającego konkurencyjność przemysłu nie widzę, bo przy obecnej polityce cała Unia staje się obszarem tak wysokich kosztów energii, że skazuje europejskie przemysły energochłonne na przegraną. Unijna polityka zrównoważonego rozwoju to wspaniałe hasło, ale nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Europa produkuje ok. 14 proc. energii elektrycznej na świecie, a więc nawet jeśli do 2020 roku damy radę produkować 20 proc. energii ze źródeł odnawialnych, to będzie to 3-4 proc. energii elektrycznej świata. Co to da poza tym, że wygoni przemysł ciężki z Europy?

Idea gospodarki europejskiej jako gospodarki innowacyjnej, opartej na najnowocześniejszych technologiach, jest utopijna?

- Z realiami niewiele ma wspólnego. Mieliśmy dwa lata temu firmę chemiczną w Niemczech, technologicznie i produktowo dobrze umocowaną na rynku, niestety energochłonną i po wzroście cen energii, który powodował, że koszty były większe niż możliwe do uzyskania ceny wyrobów, sprzedaliśmy ją, a kilka miesięcy później zbankrutowała. Bez zmian polityki klimatycznej Unii to jest scenariusz dla producentów stali, metali kolorowych, przemysłu chemicznego czy nawet papierniczego, jeśli zawczasu nie wyniosą się z Europy. Ale co wtedy? Problem nie kończy się na zwolnieniach pracowników, a dopiero zaczyna, bo utrzymanie spokoju społecznego, struktury społecznej Unii też wymaga miejsc pracy dla spawaczy czy hutników. Nie jestem makroekonomistą, ale podpisuję się pod oceną prof. Krzysztofa Żmijewskiego, który ocenia, że obowiązek zakupu 100 proc. uprawnień do emisji CO2 może kosztować Polskę utratę do 500 tys. miejsc pracy i skończyć się emigracją do 2 mln osób. Wyglądalibyśmy wtedy jak dom niekoniecznie spokojnej starości, bo emigrują przede wszystkim ludzie młodzi, a zostają starsi i emeryci, tylko kto zarobi na ich emerytury płacone przez ZUS? Trzeba stale pamiętać, że o inwestycjach decydują koszty pracy, podatki i właśnie ceny energii.

ARKADIUSZ KRĘŻEL

- przewodniczący rady nadzorczej Impexmetalu, absolwent Politechniki Śląskiej w Gliwicach. W latach 1992 - 2006 prezes Agencji Rozwoju Przemysłu