Czego pan się teraz najbardziej obawia? Przegranych wyborów?

Wstrząsów w strefie euro. Obejmując w lipcu prezydencję w UE, Polska stanie przed olbrzymim wyzwaniem. Chodzi o działania na rzecz ustabilizowania wspólnej waluty i całej Unii. W najbardziej krytycznym momencie przypadło nam odgrywać ważną rolę, mimo iż nie należymy do strefy euro.

Nie będzie więc jak w przysłowiu: „Konia kują, a żaba nogę podstawia”?

Dotychczasowe rozwiązania nie zdały egzaminu. Nie będzie tak, że przyjdzie Polska i powie: ma być tak i tak. Musimy spróbować znaleźć kompromis, określić ramy debaty. Stoimy trochę z boku, choć widzimy rosnące napięcie między południem a północą Europy. To, że nie jesteśmy po żadnej z tych dwóch stron, może nawet ułatwić nam działanie.

Decyzja w sprawie pomocy dla Grecji powinna zapaść do poniedziałku, kiedy w Luksemburgu odbędzie się formalne posiedzenie ministrów finansów państw Unii. Potrzebne są radykalne i szybkie rozwiązania. Inaczej to odwlekanie kryzysu, który będzie miał gorsze skutki za rok czy dwa. Czy zapadną decyzje?

Przesuwanie problemu przez dostarczanie Grecji płynności ma pewne uzasadnienie, bo w tym czasie europejska gospodarka wzmocniła się. Gdybyśmy nie uratowali Grecji w maju ubiegłego roku, Europa byłaby teraz w dużo gorszej sytuacji. Po fatalnym 2009 mielibyśmy jeszcze gorszy 2010 rok, zamiast pewnego odbicia gospodarczego. Gdy musimy przeprowadzić operację serca, ale ktoś jednocześnie cierpi na ostre zapalenie płuc, to czasami warto zaczekać, aż wyleczy się to ostatnie. Oczywiście odwlekanie w nieskończoność nie jest rozwiązaniem, bo mogą się pojawić nowe dolegliwości.

Nie ulega wątpliwości, że wszyscy w Unii będą musieli zrobić więcej rzeczy, które dla nich są nieprzyjemne, niż ktokolwiek sobie wyobrażał nawet kilka miesięcy temu. Grecy będą musieli przeprowadzić dużo więcej prywatyzacji i reform strukturalnych, a Europa musi się zgodzić na większą redukcję i pomoc, niż chciała.

A my?

Będziemy ich wspomagać jasnym umysłem i czystym sercem (śmiech). Przydadzą się. Taka jest właśnie rola prezydencji. A na poważnie: mamy swój wkład, choćby poprzez MFW.

Czy możemy wykorzystać prezydencję do walki o nasze postulaty w unijnym budżecie?

Nie możemy walczyć jako prezydencja. To by było wykroczenie poza tę rolę. Możemy jednak forsować rozwiązania, których skutki są korzystne dla Polski. Dopiero w następnej prezydencji będziemy mogli ostro walczyć, mając rozwiązane ręce. I tu zadam fundamentalne pytanie: jak sądzicie, panowie, który rząd ma większe szanse na wygospodarowanie więcej pieniędzy w perspektywie budżetowej 2014 – 2020: rząd, który ma dobre czy złe stosunki ze wszystkimi sąsiadami?