Od nowego roku w Unii Europejskiej działa nowy nadzór finansowy. Czy uchroni nas to przed powtórką z kryzysu?

Zacznijmy od tego, że kompetencje nowych europejskich organów nadzoru nie zostały jeszcze w pełni określone. Przedstawiciele sektora finansowego od dawna uważali, że potrzebne jest powołanie tego typu unijnych instytucji, zawirowania na rynkach tylko przyspieszyły ten proces. To, że od 1 stycznia działają nowe agencje, nie oznacza jednak, że proces tworzenia pokryzysowej architektury nadzorczej został już zamknięty. Stworzono pewną fasadę i na razie wiele jej elementów pozostaje niewypełnionych.

Ile lat zajmie stworzenie ram działania nowych instytucji nadzorczych?

Ten proces powinien się zakończyć w ciągu dwóch lat. Kompetencje agencji są wciąż ustalane. Jeśli państwa znajdą szybko kompromisowe rozwiązania i zgodzą się na delegowanie pewnych kompetencji do nadzoru europejskiego, proces przebiegnie szybciej. Dzisiaj wiadomo już, że agencje europejskie będą mogły prowadzić wiążące mediacje, w razie gdyby między organami nadzoru z konkretnych krajów Unii doszło do sporu. Wcześniej istniała już taka możliwość, ale nikt z niej nie korzystał, poza tym wynik mediacji nie był wiążący dla stron. Agencje będą mogły opracowywać projekty wiążących standardów technicznych, które następnie będą zatwierdzane przez Komisję Europejską. Możliwość taka została przewidziana w celu doprecyzowania takich kwestii, jak: warunki stosowania metod dotyczących oceny zdolności kredytowej, formaty i częstotliwość przedkładania sprawozdań okresowych przez instytucje kredytowe, działalność operacyjna kolegiów nadzorczych, procedury metod i warunków stosowania wymogów w zakresie wymiany informacji między organami nadzoru, które mogą ułatwić monitorowanie instytucji kredytowych. Jedynym obszarem, gdzie działania będą miały charakter typowo nadzorczy, będzie kontrola agencji ratingowych dokonywana przez ESMA, ale to akurat bezpośrednio nie dotyka polskiego rynku.

Jak pan ocenia szansę na szybkie zakończenie tego procesu?

Kiedy utworzono nowe agencje nadzorcze, znacznie intensywniej zaczęły dawać o sobie znać rozbieżności w poglądach poszczególnych krajów. Spory dotyczą zakresu kompetencji tych instytucji. Niektóre państwa opowiadają się za tym, by agencje pełniły tylko rolę wspierającą nadzory krajowe i nie podejmowały działań władczych z własnej inicjatywy. Inne chcą je wzmocnić przez delegowanie do nich kompetencji będących dziś w rękach nadzorów krajowych. Tutaj rodzi się dylemat: kto zajmie się rozliczaniem efektów tych działań. Jeśli mamy komuś przekazywać kompetencje, to za tym powinna pójść też odpowiedzialność za skutki podejmowania tych decyzji.

Skąd biorą się tego typu różnice?

Wewnątrz Unii zachodzi wiele konfliktów interesów, teraz ścierają się dwie frakcje. Pierwsza skupia kraje, które dla podmiotów stojących na czele transgranicznych grup finansowych są rynkami macierzystymi. Druga, do której zalicza się Polska, to te będące rynkami goszczącymi dla spółek zależnych należących do takich grup. Kraje macierzyste chcą sprawować nadzór finansowy w sposób jak najbardziej zintegrowany. Kraje goszczące obawiają się, że przy takim podejściu pewne elementy centralnego zarządzania płynnością czy kapitałem w jakiejś grupie finansowej mogą w niedostateczny sposób spełniać oczekiwania lokalnego rynku. Doświadczenia z poprzedniego kryzysu pokazują, że korzenie każdego kryzysu globalnego tkwią w rynkach lokalnych.

Lepiej byłoby dla Polski, gdyby nadzór lokalny nadal trzymał rynek silną ręką?

Z punktu widzenia bezpieczeństwa nadzorowania sektora finansowego najważniejsze jest to, by nadzór był blisko podmiotów, które działają na lokalnym rynku. Każdy kraj ma odmienną specyfikę funkcjonowania systemu finansowego, w którym praktyki rynkowe i warunki funkcjonowania się różnią. Pewne grupy ryzyka wynikają właśnie ze specyfiki działania danego rynku. System pozostawiający lokalnym organom większe kompetencje ma szansę być bardziej efektywny.

Jeśli górę wezmą kraje starej Unii, które w większości są rynkami macierzystymi, i postawią na jednolity nadzór, to czy może to stanowić poważne zagrożenie?

Grupy finansowe są w stanie ukryć część swoich słabości. Jako przykład wystarczy podać krótkoterminowe transfery kapitałów między krajami. Tak robiono podczas ostatnich stress testów. Banki podmieniały pewne kategorie bilansowe poprzez krótkoterminowe operacje swapowe, np. pięciodniowe. Okazywało się, że wszystkie warunki są spełnione, potem taki zabieg powtarzano w innym kraju, w którym stress testy odbywały się w innym czasie. W ten sposób, nawet mając poważne problemy, osiągano dobry wynik.

Jak z perspektywy zapewnienia bezpieczeństwa polskiemu sektorowi finansowemu powinna zostać ukształtowana nowa europejska architektura nadzorcza?

Jako nadzór lokalny nie chcemy prześwietlać w skali globalnej całej grupy finansowej, która w Polsce ma spółkę córkę. To zadanie dla każdego krajowego nadzoru, który po analizie kondycji spółki u siebie powinien się wymienić pozyskanymi informacjami. Jesteśmy przeciwni sytuacji, w której jeden kraj bada kondycję grupy, wie o niej wszystko i nie dzieli się wynikami tej kontroli. Tu pojawia się rola dla europejskich organów nadzoru, które powinny stworzyć płaszczyznę m.in. dla wymiany tego rodzaju informacji.