Niemcy podyktowali Europie twarde warunki reformy strefy euro. W zamian za ustanowienie stałego mechanizmu ratunkowego dla zagrożonych bankructwem Berlin domaga się przyjęcia tzw. paktu konkurencyjności dla Eurolandu, w którym jest mowa m.in. o koordynacji podatków CIT, podwyższeniu wieku emerytalnego czy wprowadzeniu ustawowych hamulców dla rosnącego zadłużenia. Jak bardzo Niemcy są zdeterminowani, by na nadchodzących brukselskich szczytach przeforsować te rozwiązania?

Przynajmniej od początku greckiego kryzysu zadłużeniowego, a więc już od ponad roku, kanclerz Angela Merkel jest pod olbrzymią polityczną presją. Niemiecka opinia publiczna oczekuje od niej, że wreszcie walnie pięścią w stół i powie południu Europy: jeśli chcecie, byśmy spłacali wasze długi, zacznijcie się na poważnie reformować. Na podobny sygnał czekają rynki finansowe, które bardziej wierzą w niemiecki niż śródziemnomorski model budowania unii monetarnej. Jednak z drugiej strony Berlin doskonale zdaje sobie sprawę, że Merkel nie może po prostu przyjechać do Brukseli i ogłosić swojej woli. Ostatnie tygodnie pokazały wręcz, że im dosadniej formułowała swoją koncepcję reformy wspólnej waluty, tym większe były opory reszty Europy. Przedszczytowa rzeczywistość jest więc taka, że kolejne elementy niemieckiego paktu konkurencyjności są obecnie rozmiękczane.

Ile z nich zostanie po szczytach 11 i 24 marca?

Z tego, co słychać w Berlinie i Brukseli, to niewiele. Część z nich, jak ujednolicenie CIT czy wpisanie hamulca antyzadłużeniowego do narodowego prawodawstwa, na pewno na razie upadnie. Opory są po prostu zbyt duże. Resztą postulatów zajmie się Komisja Europejska, która będzie je stopniowo rozmiękczać i wprowadzać w życie w ograniczonej formie. Taki los czeka np. niemiecki wniosek, by kraje strefy euro skończyły praktyką indeksowania pensji wraz z inflacją. Co więcej, Niemcy będą musieli przełknąć inną gorzką pigułkę. Wygląda na to, że choć Berlinowi udało się na razie obronić się przed pomysłem euroobligacji, to Europejski Bank Centralny będzie nadal – wbrew Niemcom – prowadził kontrowersyjną politykę skupowania papierów rządowych Hiszpanii czy Portugalii.

Czy Niemcy na to wszystko przystaną?

Nie mają innego wyjścia. Merkel uważa pakt konkurencyjności za dobre rozwiązanie dla Europy. Wie jednak, że nie jest w stanie go przeforsować natychmiast. Stawia raczej na przebudowywanie europejskiej kultury finansowej małymi krokami, co potrwa latami. Konkretne propozycje, które będą dyskutowane na szczycie, są dla niej raczej środkiem do uspokojenia własnej opinii publicznej i rynków finansowych. Celem nadrzędnym jest utrzymanie spójności strefy euro. I to za wszelką cenę.

Po co Niemcom strefa euro, która się rozpada?

Berlińskie elity polityczne wiedzą doskonale, że europejska integracja walutowa bardzo opłaca się największej gospodarce Starego Kontynentu. Przez całą dekadę niemieckie firmy – uwolnione od ryzyka zmiennych kursów walutowych – mogły podbijać rynki wspólnego pieniądza swoimi dobrymi, bardzo konkurencyjnymi produktami. Co więcej, istnienie strefy euro nie przestało się Berlinowi opłacać nawet po wybuchu kryzysu zadłużeniowego. Wręcz przeciwnie. Niemcy zarabiają na problemach Grecji, Irlandii czy Portugalii. Rozjechanie się spreadów w strefie euro stworzyło następującą sytuację: Niemcy pozyskują dziś obligację za mniej więcej 3 proc. W tym samym czasie ratują Greków czy Irlandczyków, pożyczając im w ramach pakietów ratunkowych na 5 – 5,5 proc. To czysty zysk dla budżetu.

Jak na reformy Eurolandu powinny patrzeć takie kraje jak Polska, które znajdują się dziś na rozdrożu i kalkulują: spieszyć się do euro, czy wręcz odwrotnie – grać na zwłokę?

Polska musi rozważyć, czy opłaca jej się wchodzić do klubu, który – wszystko na to wskazuje – będzie się stawał mechanizmem na subwencjonowanie mniej konkurencyjnego Południa. Nie ma wątpliwości, że biorąc pod uwagę korzystne dla waszej części Europy długoterminowe prognozy gospodarcze, już po wejściu do strefy euro bylibyście zmuszeni dokładać do zadłużonych Greków czy Portugalczyków. Podejrzewam, że waszym politykom będzie bardzo trudno wytłumaczyć to swoim wyborcom.