Co dalej z sytuacją w krajach arabskich?

Obserwujemy bunt młodego pokolenia. W krajach arabskich bezrobocie w grupie wiekowej 15 – 24 lata przekracza 40 proc., a sytuacja ekonomiczna się pogarsza. Do 2035 roku przynajmniej dwukrotnie zwiększy się liczba ludności. Uważam, że można mówić o kryzysie arabskim. Po Tunezji i Egipcie na protesty narażone są kraje o tzw. miękkim reżimie, jak Maroko, Jordania, Algieria. Nie jest wykluczone, że ta fala tsunami dotrze do krajów bardziej zamkniętych, jak Libia czy Syria.

Jak to wpłynie na gospodarkę? Co z ceną ropy?

Jeśli do głosu dojdą fundamentaliści islamscy, to na rynkach zapanuje strach. Wtedy doszłoby do pierwszego od lat 70. wielkiego kryzysu na rynku ropy naftowej. Jest jednak szansa, że rewolucję uda się przeprowadzić łagodnie. Niepokoje w tym regionie mogą być korzystne dla Europy Środkowej, w tym dla Polski. Ciągle jesteśmy spokojną oazą, w której wyniki wyborów nie wpływają drastycznie na zmianę polityki. Rynki muszą znaleźć nisze do inwestycji, nie wystarczą Stany Zjednoczone czy strefa euro.

Od wybuchu protestów w Egipcie z rynków wschodzących wyparowało 7 mld dolarów.

Tak, ale przede wszystkim z krajów takich jak Indie czy Chiny. Pojawią się obawy, że gospodarki są przegrzane, a przecież tam też może dojść do niepokojów z racji rosnących globalnych cen żywności. Wspólnym mianownikiem krajów arabskich i tych azjatyckich gigantów jest biedne społeczeństwo, które jest bardzo wrażliwe na ceny żywności.

Co Polska musi zrobić, aby być konkurencyjna?

Reformy finansów publicznych – wszystkie rządy się ich boją. Skoncentrujmy się zatem na wielu drobnych zmianach. Na przykład Polska jako kraj tranzytowy powinna podnieść przepustowość portów, kolei, a także transportu drogowego. Wystarczy tylko dobrze zarządzać, mamy przecież środki unijne. Dzięki tym inwestycjom sektor publiczny w zakresie infrastruktury byłby znacznie bardziej wydajny. Trzeba też zająć się ochroną zdrowia. Wprowadzenie systemu informatycznego, koszyka usług medycznych, porządnych audytów szpitali doprowadziłoby do przynajmniej kilkusetmilionowych oszczędności. Kolejny temat to rozrost administracji. Nie chodzi tu tylko o koszty zatrudniania urzędników, ale wzrost uciążliwości związanej z prowadzeniem biznesu. Jeśli kraje arabskie i grupy PIGS pogrążą się w problemach, to my będziemy na ich tle wyglądali dobrze. Gdy jednak np. Irlandia czy Hiszpania będą sobie radziły coraz lepiej, to my będziemy na celowniku. Inwestorzy będą pytali, czy Polacy przeprowadzą reformy.

Co może się wydarzyć, gdy będziemy na celowniku?

Rynki będą szukały punktów zaczepienia. Ostatnio banki inwestycyjne mówią, że złoty jest niedowartościowany i będzie zyskiwał na wartości, jeśli NBP będzie podnosił stopy procentowe, i to właśnie nasz bank centralny robi. Mamy niepewną sytuację związaną z inflacją. Nie wiemy, czy nie będziemy mieli wtórnych skutków obecnego wzrostu cen, czyli tzw. efektów drugiej rundy. Jeśli gospodarka jest w nie najlepszej kondycji, wynagrodzenia nie rosną, nie wiemy, czy będziemy mieli odpływ pracowników na rynek niemiecki. Jeżeli NBP ma wizję groźby wzrostu cen, chce podnosić stopy procentowe, niech pokaże raport o inflacji. Jeśli ten, który ukaże się za miesiąc, wskaże inflację, to NBP powinien realizować podwyżkę stóp. Jeśli będzie w nim dużo założeń, lepiej wykazać się ostrożnością niż gorliwością.

Nie chce pan, aby złoty się umacniał?

Nie chcę, aby złoty był na huśtawce. Umocnienie i osłabienie waluty zawsze może być zamortyzowane, a silne wahania już nie. Rynki finansowe chcą mieć silne krótkoterminowe wahania, a uczestnicy reszty życia gospodarczego chcą mieć trend.