Czy e-learning nie jest jedynie nową nazwą samokształcenia, jaką znamy od lat, m.in. z kursów wykorzystujących np. nagrania audio?

- Nie, nie jest choćby ze względu na możliwości, jakie przez te lata przyniósł nam rozwój nauki i techniki. E-learning to proces edukacji z wykorzystaniem technologii i narzędzi teleinformatycznych. Przyjmując taką definicję, e-learningiem można nazwać nie tylko samodzielną pracę kursanta z interaktywnym programem komputerowym, ale także wykorzystanie przez trenera nowoczesnych technologii, np. podczas szkolenia grupy osób obecnych na sali.

Firmy szkoleniowe oferujące tradycyjne kursy, bazujące głównie na relacji trenera z grupą oraz sami edukatorzy, powoli oswajają się z technologiami teleinformatycznymi, które można wykorzystać w dydaktyce jako pomoce naukowe. Rzecz jednak w tym, żeby w procesie kształcenia narzędzia teleinformatyczne nie były wykorzystywane jedynie jako nośnik obrazu lub dźwięku, lecz żeby wspierały proces uczenia się m.in. poprzez interaktywność programów oraz dzięki ich atrakcyjnej formie pobudzającej zmysły, oraz ułatwiały przyswajanie wiedzy przez kursanta.

Jednak, czy każde szkolenie można zaadaptować do formy e-learningu?

- Teoretycznie tak. Rzecz jednak w tym, czy poniesione w tym celu nakłady będą adekwatne do zadowolenia uczestników i efektów nauki w tej formie.

Praktyka pokazuje, że e-learning znakomicie nadaje się do przekazywania treści tzw. szkoleń twardych, czyli wymagających zaprezentowania konkretnej wiedzy (np. zbioru teorii lub zasad, zrozumienia procesu czy standardów działania oraz wyćwiczenia konkretnych umiejętności).

Z drugiej strony - najtrudniej zaadaptować do dostępnych technologii szkolenia z zakresu komunikacji, motywowania, negocjacji czy rozwoju osobistego, czyli tzw. miękkie. Mają one bowiem na celu przede wszystkim doskonalenie predyspozycji osobistych czy sposobu zachowania się, a ich ćwiczenie następuje najczęściej w interakcji z drugim człowiekiem.

Dlaczego zatem - pomimo niewątpliwej użyteczności e-learningu jako metody kształcenia - trenerzy rzadko są jej zwolennikami?

- Przede wszystkim popularyzacja e-learningu i jego intensywny rozwój wymaga zrozumienia - głównie przez osoby organizujące i prowadzące szkolenia - że nie jest on konkurencją dla tradycyjnych kursów, ale sposobem na ich uzupełnienie. Nie mam wątpliwości, że kursy z udziałem specjalisty w roli głównej nie zostaną wyparte przez programy komputerowe. Mogą być one za to doskonałą kontynuacją klasycznego szkolenia, kiedy to trener pozostaje w kontakcie z kursantami i z pomocą programów edukacyjnych dostosowanych do ich potrzeb na bieżąco pomaga w podnoszeniu kwalifikacji.

Drugą istotną barierą powszechnego wykorzystania e-learningu jest trudność w adaptacji treści szkolenia do możliwości, jakie dają technologie teleinformatyczne. To przystosowanie wymaga od trenera (poza znajomością kwestii technologicznych) zupełnie innego podejścia do tematu niż podczas pracy z grupą.

Chce pan powiedzieć, że przygotowanie wirtualnego kursu przypomina raczej tworzenie filmu niż konspektu wykładu?

- Właśnie. Opracowanie kursu, czyli to, co chcemy, oraz jak chcemy przekazać odbiorcy, wymaga żmudnej pracy projektowej. Zadanie to można porównać do pisania scenariusza filmu. Wymaga ono przetworzenia treści szkolenia na obrazy. Niezbędne jest także - pozostając przy filmowym porównaniu - przewidzenie zachowania, reakcji widza na prezentowane treści i przygotowanie odpowiedzi na nie. Trudność też w plastycznym opracowaniu programu, czyli nagraniu całego filmu (przygotowaniu rysunków, filmów, nagrań audio) według wcześniej przygotowanego scenariusza. Wykonanie całej tej pracy wymaga zaangażowania nie tylko kompetentnego szkoleniowca.

Trzeba pamiętać, że e-learning to przede wszystkim forma samodzielnej nauki. Tworząc kurs, trzeba zatem przewidzieć i wyprzedzić wszelkie wątpliwości i trudności, jakie może mieć użytkownik podczas uczenia się. Program powinien płynnie prowadzić kursanta do wiedzy i umiejętności. Informować go, co zrobił dobrze, a co źle wykonując ćwiczenia - i dlaczego. Ważna jest też analiza udzielonych przez użytkownika odpowiedzi i ewentualne uzupełnienie programu o wiedzę potrzebną uczestnikowi. Wykonanie całej tej pracy wymaga od nauczyciela bogatej wiedzy z zakresu m.in. pedagogiki i metodyki kształcenia, ale także zaangażowania innych fachowców (np. plastyków czy informatyków).

Na razie z e-learningu korzystają głównie pracownicy dużych firm, które stać na inwestycje związane z wdrożeniem wirtualnych kursów. Czy widzi pan inną potencjalną grupę użytkowników e-learningu?

- Sądzę, że w przyszłości, wraz z obniżeniem kosztów dostępu do internetu (a dzięki temu także jego upowszechnieniem również poza aglomeracjami), z tego sposobu przekazywania wiedzy korzystać będą także indywidualni użytkownicy, którzy potencjalnie są znacznie liczniejszą grupą odbiorców niż pracownicy firm. E-learning może też zyskać m.in. na planowanej informatyzacji administracji publicznej, która ma być wspierana środkami funduszy strukturalnych. Wyobrażam sobie, że może on być znakomitym sposobem upowszechniania znajomości, np. praw politycznych i swobód obywatelskich czy choćby procedur, jakich trzeba dopełnić, wymieniając dowód osobisty czy rejestracyjny.

PIOTR PIASECKI

prezes Polskiej Izby Firm Szkoleniowych, trener, konsultant, praktyk. Posiada Międzynarodowy Certyfikat Konsultanta i Trenera Zarządzania. Ma za sobą wieloletnią praktykę menedżerską. Pracuje jako doradca, trener i coach. W Szkole Trenerów Marik prowadzi warsztaty z zakresu projektowania treningu oraz rozwoju osobistego i zawodowego