- Oczywiście - są tam chyba wszyscy wielcy. Pamiętajmy, że jest tam zdecydowanie tańsza siła robocza i niższe są podatki. Produkty chińskie muszą więc być tańsze niż produkowane w Europie. To dotyczy przede wszystkim dużej produkcji seryjnej. Ta różnica jest już mniejsza, gdy mamy do czynienia z produkcją małej serii jakiegoś towaru. Nie może być jednak żadnych sentymentów i tutaj zgadzam się z krajowymi producentami - jeśli chiński produkt ma trafić na unijny rynek, to musi on spełniać wszystkie nasze normy bezpieczeństwa.

• Ale czy przypadkiem krajowi producenci nie wykorzystują tej sytuacji, by pozbyć się tańszego konkurenta?

- Z tym może być różnie. Nie można naszych producentów popierać w ciemno. Nie wiemy, jaka część tych skarg to normalna działalność marketingowa, mająca zniechęcić do kupna tańszych produktów. Tutaj na straży powinny stać rządowe instytucje powołane do kontroli jakości produktów dopuszczonych na nasz rynek.

• A gdyby ta wojna z chińskimi produktami zakończyła się zakazem importu. Jakie byłyby gospodarcze konsekwencje takich decyzji?

- Jest to raczej niemożliwe, bo wszyscy zdają sobie sprawę, że na przykład 80 proc. zabawek sprzedawanych w Europie pochodzi z Chin. Lokalni producenci musieliby nagle bardzo szybko zwiększyć produkcję. Trzeba by rozbudować moce produkcyjne w wielu dziedzinach. Konieczne byłyby inwestycje, a jak wiemy, w takich sytuacjach za wszystko płacą konsumenci. Ceny wzrosłyby więc szybko - nie tylko z powodu rosnących kosztów robocizny i wyższych podatków, ale dlatego, że europejscy producenci musieliby wybudować nowe hale fabryczne i wyposażyć je. Taki scenariusz nie jest raczej brany pod uwagę.