W tym kontekście coraz częściej pada słowo „kryzys” w odniesieniu do stanu naszej gospodarki, pytanie tylko, na ile tego typu oceny są uzasadnione.

Należałoby rozpocząć od definicji kryzysu. W literaturze znajdziemy kilka określeń kryzysu ekonomicznego. Od nagłego spowolnienia gospodarki, poprzez długotrwały stan utrzymującego się wysokiego bezrobocia i niskiego tempa wzrostu gospodarczego, po definicję, która mianem kryzysu określa stan, w jakim mamy do czynienia z okresem bardzo niskiego lub ujemnego tempa wzrostu gospodarczego. W sumie żadna z tych definicji nie pasuje za bardzo do naszej obecnej sytuacji, bo ani to spowolnienie gospodarcze nie jest nagłe, ani nie trwa długo, ani też nie jest to czas ujemnego wzrostu gospodarczego.

Nie chodzi w żadnym wypadku o uspakajanie, każde z tych opisanych w definicjach zjawisk może niedługo stać się elementem rzeczywistości – jednak jak na razie prawdziwe zjawisko kryzysowe dotyka w Polsce głównie kilku branż, a nie całej gospodarki. Mowa tu przede wszystkim o branży budowlanej zarówno w zakresie budownictwa mieszkaniowego, jak i budowy infrastruktury. Poważne kłopoty przeżywają też branże eksportowe, w tym samochodowa i pokrewne – jak transportowa. W wielu przypadkach można tam mówić o prawdziwym kryzysie. Załamanie w każdym z sektorów było nagłe i głębokie, i niestety będzie trwało dłuższą chwilę. Na szczęście w większości pozostałych sektorów sytuacja jest znacznie lepsza, choć daleka od dobrych czasów, choćby tych z 2011 roku.

Wiele osób wciąż myli spadek dynamiki z prawdziwym spadkiem poziomu. O ile rzeczywiście w przypadku produkcji przemysłowej i inwestycji publicznych w 2012 roku mieliśmy do czynienia z realnym spadkiem, o tyle, na szczęście, wydatki konsumpcyjne Polaków nie zanotowały ujemnej dynamiki. Co prawda były w trzecim kwartale bliskie zera, ale wciąż nie jest to kryzys. Spadająca inflacja jest główną nadzieją na poprawę tego wskaźnika. Szczerze mówiąc, tak długo, jak w Polsce nie będziemy mieć do czynienia z ujemną dynamiką prywatnej konsumpcji, tak długo nie można mówić o kryzysie. Co więcej, takie zjawisko musiałoby być trwałe, a nie jednorazowe – wtedy byłby to mocny sygnał zubożenia społeczeństwa. Formalnie się uważa, że recesję mamy wtedy, gdy przez dwa kwartały z rzędu ma miejsce spadek realnego PKB w relacji do poprzedniego kwartału.

Tyle teoria. W praktyce kluczowe będzie to, jakie są odczucia społeczne i jak się zachowają przedsiębiorcy oraz jak będą oni postrzegać rzeczywistość. Obecnego stanu na pewno nie można nazwać euforycznym, ale do kryzysu wciąż na szczęście daleko. W społeczeństwie raczej widzimy lęk przed kryzysem, a w szczególności przed jego najboleśniejszym objawem, jakim jest rosnące bezrobocie. Wśród przedsiębiorców dominują obawa o jutro i brak dobrych perspektyw na najbliższy rok. Banki z kolei kontynuują proces delewarowania, co nie poprawia nastrojów ani konsumentów, ani przedsiębiorców. Nie jest to kryzys, bardziej okres swego rodzaju stagnacji i marazmu. Dobrze byłoby, gdyby trwał jak najkrócej.

W krótkim okresie perspektywy naszej gospodarki zależą od koniunktury globalnej, reformy podażowe szybko nie przełożą się na poprawę koniunktury, a na reformy popytowe ze względu na ograniczenia fiskalne nie ma miejsca. Podobnie jak w większości krajów europejskich. Pozostaje skupić się na tych mało spektakularnych projektach, które dla przeciętnego obywatela nijak się ze wzrostem gospodarczym nie kojarzą, a w rzeczywistości w perspektywie nawet jednego roku mogą przełożyć się na większy potencjał naszej gospodarki. To takie małe rzeczy, jak deregulacja prawa gospodarczego, nowy kodeks budowlany, nowe prawo upadłościowe, przywrócenie elastycznego czasu pracy i większości rozwiązań przyjętych w ramach pakietu antykryzysowego. A także zwiększenie efektywności pośrednictwa pracy, promocja aktywności zawodowej, nowe regulacje w zakresie większej elastyczności młodych rodzin na rynku pracy. Nie wspominając o zmianach w systemie zabezpieczenia społecznego rolników. Dla przypomnienia, to lista z expose premiera. Tego Państwu i sobie życzę na 2013 rok.

Kluczowe będzie to, jakie są odczucia społeczne i jak zachowają się przedsiębiorcy. Obecnego stanu na pewno nie można nazwać euforycznym, ale do kryzysu wciąż na szczęście jeszcze daleko. Widać raczej lęk przed nim